Strony

13 paź 2017

Bank of America Chicago Marathon 2017 — dlaczego tak „słabo”?

Zacznę od (mam nadzieję zbytecznego) wyjaśnienia, ale chciałbym to dopowiedzieć: szanuję każdy wynik i zdaję sobie sprawę, że dla wielu osób 2:57:16 jest absolutnym szczytem marzeń.



Odebrałem sporo autentycznych gratulacji
, od osób którym ten wynik naprawdę imponuje. Równie autentycznie (mimo sportowego niespełnienia, z którym się nie kryję) dziękuję Wam za te wszystkie miłe słowa.


Tak na marginesie, były też słowa prześmiewcze i to od dorosłych, zdawałoby się dojrzałych osób. Co innego przyjacielski (w dawnym tego słowa znaczeniu, nie tym wykreowanym przez niebieskiego przyjaciela) prztyczek w nos, jestem zwolennikiem szczerości ponad konwenanse, ale chyba nie muszę tłumaczyć różnicy. Pozostawię to bez komentarza, bo szkoda słów.

Kontynuując poprzednią myśl: mało tego, samo bieganie, wyjście z domu, wstanie z kanapy czy chodzenie o własnych siłach może być wyzwaniem, marzeniem. Rzeczą z której drwić nie przystoi. Dlatego stanowczo podkreślam, że mówiąc „słaby” mam na myśli tylko i wyłącznie moje przygotowanie i pracę jaką wykonałem na treningach, będąc na tym sportowym poziomie. 


Jestem daleki od wartościowania amatorów poprzez pryzmat ich wyników, sam też nie czuję się lepszy czy gorszy bo pobiegłem tak, a nie inaczej. Sportowy duch, zdrowa motywacja, autentyczna pasja i sumienność. Życie w zgodzie z samym sobą i szacunek dla innych. To są wartości, które najbardziej powinny się w tym całym hobby liczyć.

Wynik, który pozostaje w sferze moich marzeń sam w sobie też nie stanowi klucza do jakiegoś mitycznego sportowego panteonu”. To tylko” ” moje marzenie. Relatywność działa i w drugą stronę i mój sufit” dla wielu biegaczy będzie podłogą”. Tyle. 


No dobra, ale po tym przydługawym wstępie: 

Co się właściwie stało?



Szukając powodów mógłbym długo wymieniać: pogrzeb na kilka dni przed wylotem, warunki (szybko rosnąca temperatura i wysoka wilgotność powietrza), różnica czasu, zmęczenie po podróży, jakieś wyjazdy w momencie kiedy powinienem odpoczywać, skrócony czas przygotowań przez co i forma na relatywnie niższym poziomie niż ta w Bostonie, błędne wskazania GPS na pierwszych kilometrach, słaba komunikacja z trenerem w kluczowym momencie przygotowań i pewnie znalazłoby się kilka rozpraszających uwagę rzeczy.

Wszystko to nazwałbym jednak zwyczajnym szukaniem wymówek, a powód jest banalnie prosty i zależny tylko ode mnie samego. W okolicach 28 km, czyli zanim na dobre zaczął się maraton zdałem sobie sprawę, że wynik poniżej 2:40 jest tego dnia poza moim zasięgiem. Moja motywacja skończyła się dosłownie w tym momencie. Nie było planu B. Nic innego mnie nie interesowało. Zatrzymałem się. Najadłem, napiłem i zacząłem truchtać po pamiątkowy medal. Gdybym biegł gdzie indziej po prostu zszedłbym z trasy.

Może wynik w okolicach 2:42-46 „fajnie by wyglądał”, ale to wszystko. Nie uczyniłby mnie szczęśliwszym ani bardziej spełnionym sportowo człowiekiem. Zwyczajnie odpuściłem, skróciłem sobie regenerację i pozostawiłem otwartą furtkę żeby ewentualnie spróbować znowu. 

4 komentarze:

  1. Seba i tak Cię podziwiam,choc nie biegam dla życiowek,i jak niewielu ,jest mi to zupełnie obojetne

    OdpowiedzUsuń
  2. Szkoda biegu, ale takie życie Seba.
    Hmm, zatem uznałeś, że lepiej dotruchtać do mety niż zrobić słabszy wynik niż planowany?
    I, dlaczego nie miałeś planu/celu B? Na wypadek, gdyby właśnie pierwszy cel stał się nieosiągalny?
    A wymówki... bardziej potraktuj je jako ten przyjacielski pstryczek w nos.
    Sam widziałeś, że forma relatywnie niższa, to czemu zaryzykowałeś?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Piotrek za ten komentarz. Według mnie szkoda zdrowia na słabe wyniki. Napiszę to dosadnie, ale perspektywa się zmienia jak się wyda x tysięcy na to żeby po prostu móc biegać. Forma relatywnie niższa od tej w Bostonie, gdzie realnie mogłem myśleć o 2:36-8 w optymalnych warunkach (jak do tej pory to był najcięższy maraton i warunki w jakich biegłem).

      Usuń