Strony

28 wrz 2016

Życiówka w Biegu na Piątkę


Pierwsze dni po Tarczynie to przede wszystkim regeneracja, czułem się dobrze po biegu ale lepiej dmuchać na zimne. Półmaraton to wysiłek, którego mimo dobrego samopoczucia lepiej nie lekceważyć (zwłaszcza w takich warunkach). Pierwszy mocniejszy trening zrobiłem dopiero w czwartek i było to 14 x 500 metrów po ok. 3:20–3:30 na kilometr. Czuję te tempa już dosyć dobrze, więc nie biegałem tego na stadionie tylko na prostej w Parku Przy Bażantarni.
Następne akcenty dopiero w sobotę. Rano na parkrun okazało się że jest wystarczająca ilość wolontariuszy i mogłem zrobić trochę nieplanowany ale budujący (po starcie w Tarczynie) bieg ciągły, kolejne kilometry wyszły po: 4:00, 3:55, 3:43, 3:39, 3:28 i czułem że mógłbym tak jeszcze długo :)

Wieczorem trochę kilometrówek, też po trasie parkrun Ursynów. 3:42, 3:40, 3:38 3:28, 3:29, 3:31, 3:16, 3:20 i 3:13. Pod koniec widać, że już się trochę gubiłem. Ostatni kilometr miał być po 3:10, ale nie miałem już siły żeby bardziej przyspieszyć. W pozostałe dni robiłem rozbiegania. Tydzień zamknąłem na około 100 km. Tydzień jak tydzień, biegowo wiele się u mnie nie wydarzyło. Nigdzie nie startowałem i na tym można by było 
podsumowanie zamknąć, ale zdarzyły się dwa „przypadki”. Efekt pierwszego uwidacznia się w tytule wpisu, natomiast drugiego na zdjęciu poniżej. Wiem, że nie wszyscy czytelnicy mojego bloga mają fb, więc pochwalę się też tutaj :) Na razie przygotowuję się do maratonu w Nowym Jorku, ale już teraz wiem że na wiosnę znów zawitam w USA.

dostałem się do Bostonu! :)
Tydzień przed samą piątką jest jeden z luźniejszych od kilku tygodni. Czterysetki we wtorek, dwusetki w czwartek. Szybciej niż zwykle i mniej powtórzeń. Przyszło też ochłodzenie, które trochę ułatwiło sprawę.

Stając na starcie biegu miałem 
w nogach” około 50 kilometrów i dawno nie czułem tak lekkich nóg. Cały tydzień byłem tylko bardziej niż zwykle spięty w ramionach. Nie jestem do końca pewny czym to mogło być spowodowane, ale mam pewne przypuszczenia. Jedną z hipotez jest zwyczajny stres przed tym biegiem, bo spięcie to zeszło ze mnie jakoś niedługo po nim :)
Od dwóch lat nie biegłem tego dystansu na żadnej atestowanej trasie. Ostatnia życiówka z atestem to 17:23 z 2014 roku (24. Bieg Powstania Warszawskiego). Dwa miesiące później przebiegłem maraton w Berlinie w 2:51:24, padł wtedy nadal aktualny rekord świata w biegu maratońskim. W tą niedzielę był na niego kolejny (nieudany) atak. 


Moje dotychczasowe najszybsze biegi na 5 km, na trasach bez atestu: 
16:45 Nutripol Bieg o Puchar Burmistrza Olsztynka w ponad 30-stopniowym upale, 4 dni wcześniej 9:38 na 3000 metrów w Warsaw Track Cup, czerwiec 2016
16:54 na parkrun Warszawa-Ursynów, maj 2016
17:01 na zimowym City Trial, marzec 2016
17:04 na On The Run, sierpień 2015
początek za najszybszymi kobietami



Co do samego biegu, plan był pierwszy kilometr pobiec w ok. 3:10, a później próbować trzymać te 3:15-3:20. Nie udało się :) Wystarczyło się dobrze ustawić na początku i znaleźć swoją grupę, w której łatwiej będzie trzymać tempo. Tą grupą wydawała mi się grupa najszybszych kobiet. Rozpoznałem Angelikę Mach, Izę Parszczyńską i Dominikę Stelmach. Mniej więcej kojarzyłem ich wyniki w tym sezonie i zadowolony postanowiłem biec z nimi, międzyczas na zegarku zdawał się potwierdzać słuszność decyzji. Niestety trochę późno zorientowałem się co się dzieje i stanowczo za późno oderwałem się od nich. Pierwszy kilometr w 3:18. Do następnej grupy miałem już za daleko i ostatecznie od około pierwszego kilometra biegłem już sam wyprzedzając pojedyncze osoby. Nie tak to miało wyglądać :)


Do trzeciego kilometra biegło mi się bardzo dobrze. Mijając go (tylko kilka sekund wolniej niż 3000 metrów na stadionie w czerwcu, na WTC) do mózgu dotarło chyba nagle jaki to dla mojego organizmu wysiłek. Momentalnie poczułem ciężkie nogi, ścisk w brzuchu i ciężki oddech. Stanowczo wolę dłuższe biegi :) Zacisnąłem zęby i... w tym momencie sporo pomógł profil trasy. Mówiąc wprost: było z górki.

Zanotowałem 
negative split, ostatnie 3 km wyszły w 9:40, a ostatni kilometr w 3:07. Nowa życiówka w biegu na 5 km to 16:30 :) Czyli udany start, z którego jestem bardzo zadowolony.

dwie życiówki, brawo Marta! :)
Po biegu pomogłem jeszcze dwóm osobom w maratonie zającując ostatnie 11 km, od mostu Gdańskiego do mety (tej samej co w Biegu na Piątkę). Muszę przyznać, że jest dla mnie coś wyjątkowego w maratońskim finiszu. Może mitologizuję ten dystans, ale w obu tych biegach mimo że biegłem tylko małą część dystansu czułem gęsią skórkę zbliżając się do mety. Tutaj (klik) relacja Janka, polecam! :)

Brawa dla Wszystkich startujących tego dnia, bez względu na wyniki!


Tydzień zamknąłem w ok. 80 km. Do maratonu w Nowym Jorku zostało już niewiele ponad miesiąc. Następny planowany start przed maratonem to półmaraton w Gdańsku.

Fot. 
sportografia.pl, Robert Sawicki, naszemiasto.pl

2 komentarze:

  1. gratulacje wyniku! Mega czas! Niesamowite jest to, ze na tych zdjeciach widac olbrzymia dynamike biegu
    I super z tym Bostonem - ponoc mega przezycie tam pobiec :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, kolejny krok do przodu, chociaż nie jest to jeszcze jakieś bardzo szybkie bieganie :) Chyba jeden z niewielu masowych biegów, w którym żadna dziewczyna mnie nie wyprzedziła ;)
      Co do Bostonu, to jedno z biegowych marzeń ma szansę się ziścić :) Nie mogę się doczekać, chociaż na razie ekscytuję się NYC :)

      Usuń