Strony

7 lut 2014

15 km w Singapurze (CSC Run By The Bay)




Przed wrześniowym wyjazdem z Azji odwiedziłem jeszcze Singapur. Byłem tam wcześniej w marcu zatrzymując się na trzy dni lecąc do Australii.


Tak mi się spodobało że postanowiłem miejsce odwiedzić jeszcze raz żeby wziąć udział w jakichś zawodach.


Kraj leży na północ od równika w odległości mniejszej niż ta między Warszawą, a Lublinem. Większość roku jest tu bardzo upalnie i baaardzo wilgotno. Mimo to bieganie jest tam bardzo popularne. Szukając biegu na koniec września, już w maju miałem problem ze znalezieniem takiego gdzie rejestracja byłaby jeszcze otwarta.
Przykładowo rejestracja na singapurski The Color Run została zamknięta w ciągu dwóch dni.

Jest tam organizowany m.in. największy bieg nocny Azji co wydaje się bardzo sensowne zważywszy upał. Niestety w innym terminie.
Znalazłem bieg odbywający się 25. sierpnia organizowany przez klub służb cywilnych. Odbywa się on przy charakterystycznej zatoce (Marina Bay) z ciekawymi widokami.

Możliwe były trzy dystanse: 5, 10 i 15 km. Wybrałem ten najdłuższy. Dosyć nietypowy, w którym jeszcze do tej pory nie próbowałem swych sił. Przewidywałem czas około godziny.

Według tej strony łącznie w biegach na trzy możliwe dystanse wzięło udział 3,5 tysiąca biegaczy.
Gdy biorę taksówkę spod hotelu i przybywam na miejsce jest jeszcze ciemno. Właściwie biorąc pod uwagę tryb życia w jakim funkcjonują ludzie w tak upalnych miejscach to środek nocy. Słońce zacznie wschodzić dopiero po starcie biegu.


Miejsce startu przed świtem

Start zorganizowany był spod estakady widokowej przy tamie (Marina Barrage) na której zaczął się bieg. Po wejściu na estakadę można zobaczyć piękną panoramę Singapuru z charakterystycznym hotelem na dachu którego znajduje się spory basen. Obchodząc okolice startu nie wiedziałem jeszcze, że na podwyższenie to będziemy też wbiegać.

Widok z estakady


Bardzo rozgadany konferansjer wypatruje w tłumie osoby, którym zadaje kilka pytań. Wybiera korpulentnego Hindusa i starszawego Anglika i ogólnie mówiąc naigrywa się z pierwszego. Który jednak na pytanie czy zamierza wygrać spokojnie odpowiada mu, że jest tu tylko i wyłącznie dla dobrej zabawy. Brytyjczyk dostojnie odpowiada na pytanie o swój wiek i przekoloryzowane zdziwienie konferansjera zbywa lekkim uśmiechem. Za kilkadziesiąt minut dowiem się co ten uśmiech miał znaczyć.


Prowadzący mówi, że jeśli ktoś zamierza się w tym biegu ścigać niech przesunie się do przodu. Zupełnie nie wiem czego mam się spodziewać po tym biegu, ale ustawiam się gdzieś w drugim rzędzie. Niedługo potem pojawia się obok mnie biegacz o czarnej skórze. Nigdy wcześniej nie widziałem kenijskiego biegacza z tak bliska. Numer na jego koszulce mówi sam za siebie — to faworyt tego biegu.



Konferansjer pyta czy nikt nie spożywał alkoholu lub narkotyków w ciągu ostatnich 24 godzin. Singapur jest na tym punkcie mocno wyczulony. Wypiłem małego Guinnessa do kolacji poprzedniego wieczoru, ale nie zamierzam robić z tego dramatu.

Start jest spod wspomnianej już estakady, więc nie mogę złapać sygnału GPS w zegarku. Łapię go dopiero po przebiegnięciu kilkuset metrów.
Głośny dźwięk trąbki na sprężone powietrze i... lekkie zdziwienie. W przeciwieństwie do Chin nikt nie biegnie na hurra. Nie wyrywam jakoś mocno do przodu, a od samego początku jestem w czołówce. Cała reszta biegnie dużo wolniej. Widać każdy tu zna swoje tempo i się go trzyma.



Kenijczyk wystrzelił do przodu. Jego sylwetka będzie mi powoli znikała na horyzoncie. Biegnę z grupą trzech biegaczy z klubu, który organizuje bieg. Mają takie same żółto-niebieskie koszulki i trzymają całkiem mocne tempo. Początek wygląda więc tak: Kenijczyk, spory odstęp, nasza czwórka i znów odstęp z resztą biegaczy.

Po około 2–3 km przebiegniętych z tą trójką stwierdzam, że tempo stanowczo dla mnie za mocne. Przesadziłem na samym początku dziwiąc się, że wszyscy zaczęli wolniej i będę za to pokutował. Dystans 15 km nie był mi znany do tej pory i trochę przeholowałem. Do tego jak tylko wstaje słońce zaczyna robić się bardzo gorąco.



Początek biegu po tamie







Odległość między mną, a następnym za mną biegaczem będzie się stopniowo zmniejszała. Aż w pewnym momencie będzie biegł obok mnie i dotrze do mnie fakt, że jest to starszy Brytyjczyk.
W momencie kiedy czuję że opadam już z sił i zaczynam się zastanawiać po co właściwie to robię (chyba przez upał), od około 9. kilometra dołącza do naszej dwójki pacemakerka.

Biegniemy między innymi przy charakterystycznych ogrodach (Gardens by the Bay) z ogromnymi stalowymi drzewami (widoczne na pamiątkowej pocztówce poniżej).



Biegnie z nami ostatnie 6 km tempem zbliżonym do 4 min/km. Czeka tylko na dole gdy robimy rundkę pod górę na estakadę spod której zaczynał się bieg.

Pewnie po zwycięstwo
Walka o drugie miejsce
Upał w tym momencie już mocno daje się we znaki. Strój mam mokry jakbym dopiero co wyszedł z basenu. Biegniemy łeb w łeb wyprzedzając się na zmianę.

Próbuję oszczędzać siły na podbiegu i trochę się rozluźnić. Zbiegam dużo szybciej zostawiając konkurenta z tyłu. Jednak ku mojemu zdziwieniu szybko do mnie dobiega i niedługo potem pojawia się zajęczyca (chyba tak to się po polsku nazywa?). Biegniemy równo, ale czuję, że „odpadam”. Wyprzedzają mnie na kilkadziesiąt metrów. 


Dopiero na ostatniej prostej gdy widzę już metę przechodzę w sprint i drugi raz w życiu przerywam taśmę założoną przy mecie. Pierwszy biegacz dobiegł jakiś czas temu, więc zdarzyli ją znów założyć.

Po biegu rozmawiam z Anglikiem, ma ponad 60 lat! Od kilkunastu lat mieszka w Singapurze, a bieganie uprawia odkąd pamięta. Przeważnie biegi przełajowe.

Kenijczycy słabo mówili po angielsku, ale udało mi się ustalić że bieganie to ich praca. W tym biegu można było wygrać pieniądze. Za drugie miejsce dostałem 400 dolarów singapurskich i talon na 100 dolarów w produktach Mizuno.
 

Pierwsza spośród kobiet
Zwycięzca biegu na 5 km




Zdobywcy 2. i 3. miejsca z pacemakerką










Pierwsze pięć miejsc biegu na 15 km




Początek podbiegu



Trasa na endomondo. Więcej zdjęć z biegu dostępnych tutaj i tutaj. Mój wynik na stronie organizatora.

W Singapurze spotkałem się m.in. z koleżanką z grupy biegowej Heyrunners. Po skończeniu studiów z chińskiej medycyny naturalnej wróciła do swojego rodzinnego Singapuru. Prowadzi ona ciekawego bloga o swoich biegach. Dołączyłem do jej grupy biegowej (Team FatBird) na jeden z treningów.
 









3 komentarze:

  1. Fenomenalne tempo, gratuluję wyniku! Znowu ścigałeś się z Anglikiem i ponieważ tym razem wygrałeś to ogłaszam też Twoje zwycięstwo w Korei :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam, dziś przez wykop trafiłem na pana blog i jest naprawdę ciekawy, jedenym minusem jest zbyt mala ilosc wpisow :) Ile czasu zajęlo panu dojscie do takiego poziomu?

    OdpowiedzUsuń