Strony

18 lip 2013

śladami Czyngis-chana — półmaraton w Mongolii Wewnętrznej

(www.grasslandextrememarathon.com)
Bieg w Mongolii Wewnętrznej zaliczany jest do jednych z najciekawszych w Azji. Podobnie jak bieg na Wielkim Murze, polecono mi go w moim pierwszym półmaratonie w Xiamen, na początku tego roku.

Miasteczko (chorągiew) w którym rzecz się dzieje nazywa się Xiwuqi. Najbliższy port lotniczy znajduje się w oddalonym o około 150 km Xilinhot.

W sobotę 6. lipca odbyła się siódma edycja festiwalu Czyngis-chana. Bieg zorganizowano po raz szósty.
Tradycyjne jurty w stepie. Jedna z opcji pakietu, nocowałem tam po biegu.








Mongolia Wewnętrzna
to jeden z regionów autonomicznych Chińskiej Republiki Ludowej.

Graniczy od północy z Mongolią; nie ma tu lasów. Jest step! Ogromne ciągnące się kilometrami łąki i pastwiska. Część ciągnącego się przez całą Azję Wielkiego Stepu.

Co ciekawe napisy na szyldach i znakach są tu dwujęzyczne — chińskie i mongolskie. W Mongolii używa się od lat czterdziestych ubiegłego wieku zaadoptowanej cyrylicy, a tutaj tradycyjnego zapisu.


(fot. A. Piorecki)
Był to najlepiej zorganizowany bieg w jakim brałem udział do tej pory w mojej krótkiej jak dotąd przygodzie z bieganiem. Na stronie organizatora można było poprzez prosty formularz „skroić na miarę” wyjazd pod siebie. Jedzenie, zakwaterowanie, transport, przewóz roweru, wypożyczenie go na miejscu, dodatkowe atrakcje jak jazda konna, nocleg w tradycyjnych mongolskich jurtach, zawartość pakietu startowego itd. Organizator udostępnił dwa autobusy z Pekinu, jak i transport z lotniska.

Wybrałem autobus z Pekinu. Pomyślałem, że będzie to okazja do poznania jakichś nowych ciekawych ludzi. Biegacze długodystansowi to specyficzne stworzenia. Bardzo cenię sobie takie towarzystwo.

Odległość to około 800 km. Drogą powietrzną to godzina lotu. Autobusem w jedną stronę wyszło 11, powrót to godzin 14 (ze względu na deszcz i burzę). Czyli dwa dni w plecy... ale było warto! Poznałem kilka ciekawych osób i dowiedziałem się trochę szczegółów o biegach, w których w przyszłości chciałbym wziąć udział.

Planowy wyjazd 7:00 w piątek. Kilka osób miało problemy ze znalezieniem miejsca na czas. Odjechaliśmy pół godziny później. Autobus nie miał zbyt wielu przystanków na trasie i nie było przewidzianego żadnego ciepłego posiłku. Suchy prowiant i woda. Krótkie postoje na szybką toaletę. Chińskie toalety na trasie... zadaszone dziury w ziemi... nie będę wchodził w szczegóły, ale powiem tyle że całą drogę z utęsknieniem czekałem na hotelową.

Krótkie postoje autokaru były dosyć specyficznym widokiem. Rozciągania, przebieżki, jakaś prosta joga, przysiady, dwie dziewczyny robiły nawet pompki. Przeważnie ludzie się przeciągają, czasem trafi się ktoś robiący prostą gimnastykę, a tutaj prawie jak na fitnessie. Każdy skupiony na sobie. Nikt nie szydzi, nikt nie wyśmiewa. Chociaż, szczerze, widok był nietypowy. Środek chińskiego niczego i kolorowo ubrana usportowiona gromada. Bardzo pozytywnie.

Jeden z współpasażerów brał udział w ultra maratonie (100 km) w Tajlandii. Różnica w jego przygotowaniach do tego biegu (w 2014 biegnie drugi raz) w porównaniu do dystansu maratońskiego polega na tym, że zamiast jednego weekendowego wybiegania robi dwa. W sobotę i w niedzielę. Biega z grupą znajomych na wzgórzach w zachodniej części Pekinu. Pomyślałem choć raz się do nich na próbę dołączyć, ale wyruszają o 4 rano! Mają małe dzieci.

Inny wybiera się niedługo do USA. Z paczką znajomych ma wspierać na trasie w Dolinie Śmierci swojego przyjaciela, który będzie biegł w tym jednym z najtrudniejszych ultra maratonów na świecie. 135 mil czyli 217 km! Mają go karmić, myć, opatrywać, przebierać, wspierać mentalnie. W trakcie pisania tekstu znalazłem informację, że bieg ten już się odbył. Zdjęcia są niesamowite.

Dojechaliśmy w piątek o wczesnej porze kolacyjnej.

W recepcji hotelu, w którym nocowałem zorganizowany był odbiór pakietów startowych i kuponów na wszystkie inne rzeczy na które się zdecydowaliśmy.

Wszystko poszło szybko i sprawnie. Już za chwilę byłem w swoim pokoju. Czułem lekki dyskomfort w brzuchu. Brak ciepłego posiłku i trzęsący autobus zrobił swoje. Postanowiłem przed kolacją potruchtać chwilę po okolicy.

Pytam kilku napotkanych miejscowych o park, ale w okolicy nie ma. Wątpię czy jest w ogóle. Jeden starzec zrozumie moje 公园 jako 动物园 czyli zoo i robi oczy jakbym spadł z księżyca. Miasteczko to nie przebierając w słowach dziura. Betonowe, bardzo „chińskie” w klimacie.

Po około dwóch kilometrach poczułem nagłą i pilną potrzebę odwiedzenia toalety. W Pekinie pełno jest publicznych, tutaj nie znalazłem żadnej po drodze. Dotarłem do hotelu dosłownie w ostatniej chwili unikając katastrofy.

Start biegu miał być punkt 7:00. Wstałem o 5 rano i zjadłem dwa banany, które przygotowałem sobie dzień wcześniej. Zszedłem na hotelowe śniadanie, ale tam zjadłem tylko kilka suszonych owoców i napiłem się rozpuszczalnej kawy.

Poranek wydawał się idealny do biegania. Świeże rześkie powietrze, zachmurzone niebo. Temperatura o tej godzinie to kilkanaście stopni.

Widok z hotelu, przed biegiem

Na miejscu, czyli głównym placu Xiwuqi należało się stawić o 6:15.

Stoję i rozmawiam ze znajomym Niemcem. Też przyjechał autobusem, tylko że w czwartek. W piątek wziął udział w zawodach MTB, a teraz miał biec maraton. Okazuje się, że wybrałem jednak mniej męczącą opcję.



Start i finisz biegu na tym samym głównym placu miasteczka, więc autobus szatnia nie ruszał się z miejsca.

Toalety są tylko przy linii startu, organizator nie mógł zamontować ich na trasie. Korzystam z toalety już drugi raz tego poranka, ale ciągle czuje, że coś jest nie tak.

Podobno w tym roku zmodyfikowano trasę tak aby zminimalizować tylko do nieuniknionego (wbiegnięcie i wybiegnięcie z centrum miasteczka) minimum dystans pokonywany po asfalcie. Mimo wszystko od samego początku, każdego roku trasa wygląda inaczej ze względu na bramki i płoty na stepie. Wszak są to pastwiska. Dostępne dystanse to 10 km, półmaraton i maraton. Trasy były jednak dłuższe niż standardowe. Półmaraton wyniósł 22,5 km, a maraton — 43,5 km.

Punkt 7:00. Strzał!

Widać mnie w tle z prawej strony


Uczestnicy pełnego maratonu stali bliżej linii startu. Przebijam się przez tłum wolniejszych biegaczy maratonu i trzymam się gdzieś za czołówką.
Początek po asfalcie jest dosyć szybki.
Początek po asfalcie

Po około dwóch kilometrach wybiegamy z miasta i zaczyna się droga szutrowa. W miękkich i bardzo elastycznych butach czuje każdy kamień, spodziewałem się łąki i miękkiej trawy.

Przejeżdża przed nami samochód terenowy, zostawiając za sobą tumany kurzu. Żartuję sobie że powietrze prawie jak w Pekinie. Nikt nie reaguje, wszyscy mają skupione poważne miny. Biegnę z grupką trzech Chińczyków. Dwóch z nich rozpoznam później na podium biegu na 11,5 km. Ten trzeci spluwa co kilka oddechów. Pewnie przez ten kurz. Ktoś mi kiedyś powiedział, że w ten sposób można się szybciej odwodnić. Nie mam pojęcia czy to prawda, ale przy tym wietrze nie chcę biegnąć za nim. Przyśpieszam.


Nie pamiętam kiedy skończył się szuter, a zaczęła łąka. Myśli skupiły mi się tylko na jednym. Toaleta! Za mną ludzie, przede mną ludzie. Żadnych drzew czy jakiegokolwiek schronienia. Gdyby chodziłoby o zwykłe siku nawet bym się nie zastanawiał tylko odwrócił od trasy. Ale to nie to...

Na podbiegu przed około 8. km fotograf robi mi zdjęcie i mówi, że biegnę drugi. Jestem zdziwiony, ale zamiast się cieszyć myślę sobie, że teraz zamiast przyjemności z biegu będę musiał się znowu ścigać. No i ten drugi problem...

Długo się zastanawiałem czy o tym pisać, ale po niektórych pytaniach jakie wcześniej dostawałem zauważyłem, że większość nie czyta całego tekstu, więc jakoś się to tutaj ukryje w jego środku. Jest dużo zdjęć, więc może się uda.

Zaraz po minięciu fotografa, blisko 8. km wbiegam na wzniesienie z którego widzę, że nikt nie nadbiega za mną i nie widzę też nikogo przed sobą. Kucam i cieszę się, że mam ze sobą chusteczki. Uwinąłem się szybko, nikt nie nadbiegł i nikt mnie nie widział. Był to mój najwolniejszy kilometr w biegu. Równo 5 minut!

Już po chwili czuje się niesamowicie! Nagle dociera do mnie jak tu pięknie! Niekończąca się zielona trawa. Pofalowany pagórkowaty teren. Gdzieś w oddali góry, a do tego niesamowita cisza. Słychać tylko ptaki. Gdzieś po drodze stado krów. Podobno można też spotkać owce, kozy, konie, osły i inne bydło. Ale nie przypominam sobie, żebym widział. Nie widzę nikogo przed sobą, ani za sobą. Rozkoszuję się chwilą.

Pogoda jest świetna do biegania. Świeże powietrze, nie jest zbyt ciepło, do tego niebo jest zachmurzone. Dopiero pod koniec biegu zaczynać się będzie robić cieplej i słońce zacznie co jakiś czas przebijać się przez chmury.

Mam taką naturę, że lubię eksperymentować. Postanowiłem spróbować w tym biegu pierwszy raz żelu energetycznego, bo można go było dodatkowo zamówić do pakietu startowego. Kilka osób z którymi rozmawiałem dziwiło mi się, że biegam długie biegi bez dodatkowej dawki energii.
Przed biegiem na Wielkim Murze szukałem go w kilku sklepach w Pekinie, ale bez skutku. Posilałem się tam bananami, ale przy szybszym tempie półmaratonu nie wiem czy byłbym w stanie zjeść banana. Według jednego z trenerów powinienem spożywać jeden żel na 45 minut biegu. Wziąłem więc ze sobą jedną saszetkę.

Czytałem wcześniej sporo o żelach i podobno dobrze jest popróbować z różnymi smakami i producentami. Znaleźć ten, który najbardziej nam odpowiada. Ostrzega się przed próbowaniem nieznanego żelu od razu na zawodach.
Żołądek może zareagować różnie. No ale tutaj wychodzi moja testerska natura. Co jeśli zrobię inaczej?

Żel koniecznie trzeba popić wodą. Około 10 kilometra mijam stoisko z napojami. Idealnie w porę. Krzyczę z daleka żeby przygotowali kubek z wodą. Nalewają pełny. Spłaszczam go robiąc dzióbek wylewając przy tym nadmiar.

Żel jest o smaku koli. Bardzo słodki. Zupełnie nie w mój gust. 


Na około 11. kilometrze dostrzegam w końcu w oddali sylwetkę
biegacza przede mną — jasnozielone spodenki. Odległość jest spora, wydaje mi się że będzie ponad kilometr. Znika mi co jakiś czas za wzniesieniami.

Po około 10 minutach od przełknięcia żelu czuję jak zaczyna działać. Uderzenie ciepła. Serce zaczyna mi szybciej bić. Stwierdzam że to nie dla mnie. Robi mi się bardzo ciepło. Paradoksalnie czuję, że jak szybciej biegnę tym bardziej schładza mnie wiatr, więc przyśpieszam. Może tak to ma działać. Oddycham równomiernie i po jakimś czasie tętno mi się wyrównuje.

Przed biegiem ostrzegano o sporym spadku terenu
w jednym miejscu na trasie. W materiałach napisane było, że jeśli nie biegniesz w pierwszej dziesiątce lepiej nawet spokojnie zejść pieszo z górki. Biegnę drugi. Mijam ostrzegawczą tabliczkę z napisem „uwaga niebezpieczeństwo” i przypominam sobie rozmowę z Portorykańczykiem jakiego poznałem na biegu po wzgórzach w okolicach Pekinu. Bardzo pozytywna osoba swoją drogą. Podrzucił mi fajny pomysł, ale o tym może kiedy indziej.

Mówił, że jest wolny na płaskim ale nadrabia na zbiegach. Faktycznie, tak było. Na każdym zbiegu odsadzał mnie niesamowicie, co ciężko było mi później nadrabiać, mimo że był ode mnie wolniejszy na płaskim terenie. Podobnie mówił Niemiec, że to jego strategia na ten bieg.

Przeważnie hamuje z górki starając się trzymać równomierne tempo, ale tym razem postanowiłem dać się ponieść. Zaliczam najszybszy kilometr na trasie.
Coraz częściej widzę w oddali przed sobą zielone spodenki. Nasza odległość jakby się skracała. Ale nie wydaje mi się, żeby zwalniał. Nie zauważyłem też żeby się choć raz odwrócił i spojrzał za siebie.

W pewnym momencie trasy zaczynam mijać grupki ludzi. To ostatnie pozycje z biegu na 11,5 kilometra. Większość maszeruje. Do kilku mijanych osób mówię popularne chińskie „加油”, sam dziwiąc się brzmieniu mojego głosu. Podobnie jak na Wielkim Murze po prostu „krzyczę szeptem”. Kilka mijanych osób robi mi zdjęcia i pokazuje gest z wystawionym do góry kciukiem.

W pewnym momencie mijam dzieciaka z ojcem. Chłopiec ma kilka lat, na oko wiek przedszkolny. Maszeruje z tatą za rękę. Zapamiętałem jego charakterystyczny numer na koszulce, bo kończył się trzema jedynkami. Dzieciak mówi do ojca, że jestem niesamowity. Sporo się słyszy w Chinach komplementów i łatwo wyczuć że większość to zwykła kurtuazja. Często dosyć mocno podkoloryzowana. Każdy blondyn to James Bond itp.

Ale słowa tego chłopca nawet nie były kierowane bezpośrednio do mnie. Wyczułem w głosie dziecięcą szczerość i autentyczność. Duża dawka endorfin!

Za jednym zakrętem widzę na wzniesieniu Chińczyka przede mną. Zatrzymał się! Złapał się za łydkę. Odwraca się i pierwszy raz w tym biegu widzę jego twarz.

Rozpoznaje jego twarz z autobusu, którym przyjechaliśmy i sprzed samego biegu bo zachowywał się dosyć charakterystycznie.
Jest starszy ode mnie, na oko około czterdziestki. Po biegu dowiem się, że przyjechał aż z południa Chin i jest starszy od mojego ojca. Taki chiński Murakami. Widzę, że jest zdziwiony jakbym się nagle pojawił znikąd.

Trzymam się jego pleców i decyduję się zaatakować na dwudziestym kilometrze. Wyprzedzam go myśląc, że został kilometr z małym kawałkiem czyli nieco ponad cztery minuty biegu. Czuję, że mogę pozwolić sobie na trochę szybszy bieg.

Za chwilę pojawia się też punkt z wodą. Nie zostało dużo do końca, ale mam ciągle sklejone usta słodkim żelem i czuję że zaczynają mi mocno wysychać wargi.

Krzyczę z daleka, żeby przygotowali wodę. Chcę uniknąć sytuacji, że po wzięciu łyka okaże się że dali mi słodki napój izotoniczny. Jest ich dwóch, obaj nalewają do kubeczków wodę i wystawiają z nimi ręce.

Biegnie nas też dwóch, więc krzyczę że chcę od tego drugiego. Ten pierwszy mnie jednak nie zdąży zrozumieć i zostawia nadgorliwie wyprostowaną rękę z kubkiem w powietrzu. Cała zawartość ląduje mi na koszulce powyżej numera startowego.

Po biegu dowiaduję się, że nieświadomie „zastosowałem” jeden z trików na dłuższe dystanse.
Biegnie was dwóch, są dwa kubki wody — przybiegasz pierwszy więc bierzesz dwa. Drugi zawodnik albo traci czas czekając na następny kubek, albo odbiega bez wody. W tym momencie i przy tym dystansie nie ma to jednak większego znaczenia. Nie jestem też zwolennikiem takich zagrań.

W tej chwili zastanawiam się tylko żeby słońce nie zamieniło równo zmoczonej koszulki w sztywną tarkę do sutków... Nigdy nie miałem z nimi większych problemów, więc nigdy ich nie zalepiałem plastrami. Od teraz chyba zacznę. Krew z białej koszulki mi się jeszcze nie sprała.

Wbiegamy na szuter. Chiński Murakami ciągle trzyma się moich pleców. Chociaż jestem pewny siebie w tej chwili, bo czuję się dobrze i według zegarka zostało już tylko kilkaset metrów. Wyobrażam sobie, że za zakrętem jest meta.

Mijam zakręt, a tam długa asfaltowa prosta! Bez mety! No to pięknie, trasa okazuję się dłuższa niż standardowy półmaraton. Przed nami jedzie samochód organizatora.

Biegnę tą prostą i czuję jak słabnę. Gdzie jest doping? Gdzie kibice? Mijamy tylko pojedynczych porządkowych, milicjantów. Jeśli byli tam jacyś inni ludzie to pewnie przypadkowi gapie i przechodnie, bo nikogo nie słyszałem.

Nagle jakby czytając w moich myślach samochód przed nami włącza syrenę. Ok, niby nic, ale zawsze jakiś dodatkowy bodziec. Biegnie się lepiej.

Ostatnia prosta

Za następnym zakrętem widzę już metę. Kolejna długa prosta. Tutaj już są dopingujący kibice. Widzę przygotowaną wstęgę na mecie. Przyspieszam i przechodzę w sprint. Kątem oka próbuję dostrzec jak zachowuje się mój przeciwnik. Jest kilkanaście metrów za mną.

Przecinam wstęgę, 1:34:59.

Niesamowite uczucie. Jakby mi ktoś to powiedział dwa lata wcześniej jak zaczynałem lekko truchtać na elektrycznej bieżni po 20 minut dziennie — nie uwierzyłbym.



Witają mnie dziewczyny ubrane w tradycyjne mongolskie stroje. Jedna wręcza mi medal i zakłada na szyję wieniec z kolorowych kwiatów. Próbuję ją pocałować w policzek, ale robi unik. Ach te różnice kulturowe! :)




(fot. 针茅草)

(fot. 针茅草)



Pamiątkowa deska


(fot. 针茅草)
Tak jak wspominałem tutaj, było tam też kilku innych Polaków — udało mi się spotkać czterech. Pozdrowienia dla Mariusza, Michała, Łukasza i Alexandra (w prawdzie Duńczyk, ale korzenie ma polskie)!
Tutaj krótkie info ze strony organizatora. Pełny maraton wygrał wspominany już we wcześniejszych moich wpisach — Szwed Linus. Gratulacje! Jego twarz znajdzie się na przyszłorocznych medalach.

(fot. 针茅草)

Z Linusem, zwycięzcą pełnego maratonu
Czas na relaks



Metryki z biegu tutaj.

Wyniki
półmaratonu. Tutaj trochę więcej zdjęć.

16 komentarzy:

  1. 1. nie udało Ci się nic ukryć, bo przeczytałam całość tekstu :p
    2. panie unikały buziaka, ale stawiałabym że po tym biegu śmierdziałeś, a nie na różnice kulturowe
    3. to Twoja najlepsza dotąd relacja

    Jeszcze raz gratuluję wygranej :-*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 1. no trudno :P
      2. ...
      3. wysoko zawieszona poprzeczka :)

      Dzięki Kasiu! :*

      Usuń
  2. Również z zapartym tchem przeczytałem całą relację. Gratuluję wygranej, naprawdę Pana podziwiam! :)

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Wspaniały sportowiec, świetna relacja!

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie wiem jak to się stało, ale ja akurat trafiłam na tą relację "w środku tekstu", a potem postanowiłam przeczytać całość ;)
    Gratulacje!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hmm... dziwna sprawa, ale nawet się domyślam w którym miejscu jest ten „środek tekstu” ;)

      Dzięki! :)

      Usuń
  5. Powinienes dostać 2 medale jeden za bieg drugi za najszybsza 2 :) Pozatym respekt !

    OdpowiedzUsuń
  6. Podpisuję się pod pozostałymi komentarzami. Twoja relacja dopasowała się poziomem do poziomu organizacji biegu i Twojego wyniku. Jeszcze raz gratuluję!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzielnie komentujesz moje wpisy od samego początku, a ja ciągle nie mam czasu ogarnąć obiecanego opisu jak tu się jeździ rowerem... Wybacz i dzięki Jacku! :)

      Usuń
  7. Ja po prostu lubię Twój styl pisania. Jeśli mój komentarz może zachęcić Cię do kontynuowania, to jest to niewielka cena za chwilę przyjemności :-)

    OdpowiedzUsuń
  8. Rewelacyjna relacja Sebo! Mówiąc szczerze - pierwsza jaką przeczytałem... nadrobię :) Gratuluję wygranej i życzę kolejnych sukcesów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Grom! Polecam relację z Korei Północnej ;)

      Usuń
    2. Swoją drogą to: http://marathon.poznan.pl/pl/maraton/lista-startowa ;)

      Co Ty na to? :)

      Usuń