Strony

19 cze 2013

maraton na Wielkim Murze Chińskim

(fot. heyrobics.com)

Wspominałem przy okazji biegu w Xiamen, że polecono mi tam bieg na Wielkim Murze Chińskim.

Z tego co się orientuję, maratony na Wielkim Murze Chińskim organizowane są dwa (w dwóch różnych odcinkach muru). Oba w maju, w około dwutygodniowym odstępie czasu. Jeden nazywa się „The Great Wall of China Marathon”, drugi to po prostu „Great Wall Marathon”.

Najbardziej znany jest ten drugi, organizowany przez biuro podróży. Poza biegiem, można w ramach pakietu turystycznego zwiedzić Pekin i okolice. Limit czasu (8 godzin) umożliwia praktycznie przejście całej trasy.

Los chciał, że w tym i poprzednim roku oba majowe terminy mi nie pasowały. Ucieszyłem się więc na wieść, że grupa biegowa do której od jakiegoś czasu należę pomaga w organizacji przygotowywanego na rok 2014 nowego biegu na Wielkim Murze — „Jinshanling Great Wall International Marathon”.



Przed biegiem

W tym roku w ramach tych przygotowań zorganizowany został bieg testowy na możliwych dystansach: 5, 10, 18 i 38 km. Dlaczego akurat takie dystanse? Nie udało mi się uzyskać odpowiedzi na to pytanie.

Choć rzeczywisty dystans między Maratonem, a Atenami to 37 km, które po prostu zaokrąglono do 40 km włączając tę dyscyplinę do nowożytnych igrzysk olimpijskich. Żeby następnie w Londynie dodać pozostałe dwa z groszami... z powodów wszystkim raczej dobrze znanych. „God save the Queen” — chciałoby się powiedzieć ;)

Wracając do biegu, wybrano do niego położoną około 125 km na północny-wschód od Pekinu sekcję Jinshanling należącą do hrabstwa Luanping (prowincja Hebei). W dużej części odrestaurowaną, ale zostało tam jeszcze trochę ruin i starożytnego charakteru muru. Górskie widoki są tu naprawdę zachwycające.

Zapisałem się na najdłuższy możliwy dystans traktując to bardziej jako „weekendowe wybieganie” niż jakieś szlifowanie czasów. Górzysty teren i bieganie po schodach nie sprzyja biciu rekordów.

Zaskoczył mnie jednak przewidziany limit czasu — 6 godzin (w płaskim maratonie warszawskim jest to przykładowo 6.5 godziny).

Napisałem „weekendowe”, bo 12. czerwca to w Chinach Święto Smoczych Łodzi, a dwa poprzedzające go dni odpracowywane były w poprzedzający go weekend (8–9. czerwca). Odrobinę ciekawszy od encyklopedycznego opis tego święta można znaleźć tutaj. Podobnie jak autor tego bloga, nie przepadam specjalnie za zongzi.

Nie wiem od czego zacząć opis samego biegu, bo jestem zmęczony na samą o nim myśl. Bez większej przesady mogę powiedzieć, że do tej pory nie zrobiłem w życiu czegoś bardziej męczącego. Piekący upał i setki schodów...


(fot. 巴蒂, źródło)

Na dwa dni przed biegiem miałem badania okresowe, na których między innymi mnie zważono. Dzień po biegu ważyłem dokładnie 2 kg mniej.

Według tej chińskiej strony wystartowało ponad 400 sportowców z 18 krajów. Najstarszy z uczestników miał 72 lata, a najmłodszy 5! Strona ta podaje też, że pełen dystans to 42 km, a półmaraton 21 km. Mija się to odrobinę z prawdą.



Ciężko było zaplanować jak rozłożyć siły na ten bieg. Nie doprosiłem się o profil trasy. Dopiero w autobusie jadącym na miejsce biegu otrzymaliśmy kartę formatu A4 z samym przebiegiem trasy. Odrobinę skomplikowanej. Duża pętla, mała pętla, bieg do punktu i z powrotem. Pierwsza myśl: na bank się zgubię! :)





Przed biegiem rozgrzewkę poprowadzili trenerzy Heyrobics. Z założycielem tej grupy przeprowadzono wcześniej wywiad. Linus w niedawnym maratonie w swoim rodzinnym Sztokholmie złamał dwie i pół godziny (2:29:57!), więc tutaj biegnie półmaraton.


Rozgrzewka
Wywiad z Linusem
O bagaże biegaczy z Heyrobics troszczy się ochotniczka








Po rozgrzewce, oficjalne otwarcie. Ponad pół godziny przemawiają jakieś ważne osobistości. Start zapowiedziany był na 9:30, wszyscy rozgrzani, a tu dochodzi 10 i dalej przemawiają. Jeden po drugim wychodzą z małymi karteczkami papieru i odczytują swoje mowy.

Przypominają mi się obowiązkowe apele z podstawówki. Stoję z Anglikiem, który okazuje się być moim sąsiadem w Pekinie (jedna stacja metra to bliskie sąsiedztwo) i wymieniamy swoje uwagi na temat tego spektaklu.

Kilka minut przed 10 kierujemy się na miejsce startu. Położone odrobinę niżej niż plac, na którym do tej pory staliśmy.

Chwila krzątaniny w tłumie. Strzał!

Początek jest z górki i szybko stwierdzam, że założyłem „za szybkie” buty. Lekka, miękka i mocno elastyczna podeszwa po prostu ciągnie mnie do przodu. Więcej energii kosztowałoby mnie hamowanie, więc daje się po prostu ponieść. Pokonując pierwsze dwa kilometry w tempie zdecydowanie za szybkim. Sekundy na początku takiego biegu to minuty na jego końcu, więc nie ma co szaleć. Po dwóch kilometrach jednak zaczyna się długi podbieg i tempo się koryguje.

Na jednym z podbiegów trafiam na małą grupkę biegaczy. Poznam ich lepiej przy zimnym Yangjingu po biegu. W tej chwili słyszę tylko urywek rozmowy, na który nie potrafię nie zareagować. Mówią o kimś próbując sobie przypomnieć czy była to Polka czy Rosjanka. Co jeden z nich skwituje stwierdzeniem, że to jedno i to samo. Po moim wtrąceniu następuje salwa śmiechu, że został przyłapany akurat przez Polaka, który przypadkiem w tym momencie przebiegał.


Co jakiś czas mijamy chińskich Goprowców, przekazują krótkofalówkami nasze numery startowe. W niektórych miejscach stary mur to zwykła kupa starych cegieł na grzbiecie góry.

Na około szesnastym kilometrze staję przed prawie pionową ścianą ze starych cegieł. Czuje już w tym momencie każdy mięsień nóg. O niektórych nie miałem do tej pory nawet pojęcia, że mogą boleć. Młody Chińczyk obok mnie komentuje ścianę popularnym wśród młodzieży biantai (变态). Odpowiadam czymś mniej cenzuralnym czym go mocno rozweselam.

Będziemy się trzymać razem przez następne około 10 km. Pochodzi z Tiencinu, całkiem sporego miasta oddalonego od Pekinu o około pół godziny drogi szybkim pociągiem. Byłem tam do tej pory raz. Miasto nie ma wiele do zaoferowania w porównaniu do Pekinu. Słynie z Goubuli baozi. Z powodu swojej sławy odrobinę drogie jak na „bułeczki” (przynajmniej w tej restauracji, do której mnie zabrano — z tego co pamiętam dzbanek mleka sojowego kosztował tam około 80 juanów), ale bardzo dobre!


Wielki Mur co jakiś czas przecinany jest wieżami wartowniczymi. Takie ceglane „domki”, niektóre mniejsze, niektóre większe. Wbiegając tam czuć przyjemny chłód. W tych większych schronienie znajdują sprzedawcy pamiątek, przekąsek i napojów. W kilku z nich wbiegając słyszę chiński odpowiednik „piwo jasne! piwo jasne! zimne piwo jasne!”, tym nachalniejszym odpowiadam zgodnie z prawdą, że nie mam ze sobą żadnych pieniędzy.

W jednej z większych wież zapominam zdjąć ciemne okulary i lekko zamroczony tracę orientację w swoistym labiryncie przejść. Pytam pilnujących biegu ochotników gdzie jest wyjście, na co wskazują mi to z którego przybiegłem. Tiencinczyk (tak to się odmienia?), który wbiega po mnie tłumaczy im, że dopiero co stamtąd wbiegliśmy. Przepraszają i wskazują dobrą drogę. Po biegu rozmawiałem z jednym Szwedem, który faktycznie zgubił się i gdzieś na trasie zrobił dodatkowy kilometr.

Zbiegając z jednego z wzniesień mijamy chińską rodzinkę, mój kompan z Tiencinu wypytuje ich czy mają może coś do jedzenia. Zostawili w samochodzie.

Później na trasie dołącza do naszej dwójki starszy Chińczyk, na oko tak około czterdziestki. Także biegniemy we trójkę. Łatwiej o motywację.

Na jednym z postojów z wodą młodszy Chińczyk przystaje na dłuższą chwilę i już nas nie dogoni. Zostaję sam ze starszym. Trzymamy te same tempo.

Biegnąc dłuższą chwilę po bardziej płaskim terenie przestaje tak się ze mnie lać. Drapię się w dziwnie piekące czoło i zauważam, że mam na sobie wysuszoną na słońcu skorupę soli. Brakuje tylko cytryny i tequili!

Przebiegając w okolicach około 25. kilometra koło jakichś zabudowań podbiega do nas mały dzieciak i mówi do starszego Chińczyka żeby zapytał mnie czy lubię zongzi. Chińczyk odpowiada mu, że ja rozumiem i żeby sam zapytał. Wyprzedzając pytanie mówię do dzieciaka, że dziękuję ale jestem najedzony. Poważnie nie przepadam za tym klejącym ryżem i nie wydaje mi się to dobry pomysł. Do biegania wole banany. Parę metrów dalej przypominam sobie, że pewnie młodszy Tiencinczyk by chętnie zjadł.

Na szczęści jakiś kilometr dalej jest punkt posiłkowy z wodą i bananami, stamtąd nawrót z dużej pętli. Zjadam banana, popijam słodkim izotonikiem. Bardzo go nie lubię, ale boję się że sama woda może w tym upale nie wystarczyć. Biorę do ręki butelkę z wodą, bo na dosyć długim odcinku pamiętam że nie było postojów i kontynuuje bieg ze starszym Chińczykiem.

Na jakimś 27. kilometrze biegnę akurat dwa kroki za nim, kiedy mijamy fotografa który mówi nam po Chińsku: czwarty (wskazując na Chińczyka) i piąty (wskazując na mnie). Jestem szczerze zaskoczony! Zakręcona trasa i fakt że z tłumu który wybiegł przede mną sporo osób biegło półmaraton, ciężko mi było ocenić sytuację.

Zaczynam rozważać możliwości: trzymać się Chińczyka i pod koniec zaatakować czwartą pozycję, czy spróbować teraz przyśpieszyć licząc się z tym że może nie starczyć mi sił na ukończenie biegu. Wspomnienie z niedawnego biegu w Korei przeważa, biegnę swoje. W towarzystwie łatwiej o motywację, ale maraton to zmaganie z samym sobą, ze swoimi słabościami.

Wyrzucam butelkę z wodą i przyspieszam. Odwracam się za jakiś czas i widzę, że Chińczyk nie podjął tego tempa. Nasz dystans rośnie. Jestem czwarty i czuję uderzenie endorfin. Teraz żeby to tylko skończyć.

Nie jestem przesądny, ale 4 to liczba pechowa w Chinach. Biegnę przed siebie i próbuję przypomnieć sobie ile wcześniej przed zawrotem mijaliśmy biegacza z trzeciej pozycji. Wydaje mi się, że nie była to duża odległość, chociaż nie widzę go na jakieś 500 metrów widoczności przed sobą. Przyspieszam i na ok. 28. kilometrze dostrzegam jego żółtą koszulkę. Był jakiś kilometr przed nami. Zbliżając się do niego mam te same wahania co z poprzednim. Czy zostać z tyłu i zachować siły na finisz czy atakować teraz.

Robię jednak to samo co z poprzednim i nasz dystans między sobą będzie już się tylko powiększać. Dawki endorfin jakie daje mi bieg w tym momencie są ogromne, naprawdę przyjemne i nie czuje żadnego bólu.

W pewnym momencie odwrócę się i nie będę go już mógł za sobą dostrzec. Jestem zupełnie sam na trasie. Nie widzę przed sobą, ani za sobą zupełnie nikogo. Ale kontynuuje bieg, zwolnię tylko lekko tempo na wzniesieniu.

Zatrzymuje się dopiero przy punkcie z wodą. Pytam ile mniej więcej zostało do końca, mówią że niecałe dwa kilometry. Nie żałuje więc już sobie bananów ani izotonika (nie mają wody w tym punkcie). Oglądam się za siebie, ale żółtej koszulki ani śladu. Wyruszam z przyjemnym uczuciem sytości.

Mijam metę po
4h:38m:05s. Kończąc bieg na trzeciej pozycji.

Za metą oddaję czip. Dostaję medal, wydrukowany na miejscu dyplom i ręcznik. Oraz reklamówkę z jedzeniem: banan, chiński chleb, jajko i zongzi.

Neil Fraser, zwycięzca tego biegu przybiegł niecałe 20 minut przede mną. Gratulacje! Robię sobie z nim pamiątkowe zdjęcie. Wymieniamy kilka uwag, że w płaskim Pekinie nie ma jak do takich biegów trenować. Zjadam jeszcze banana, wypijam butelkę wody i idę spać.

Po krótkiej drzemce, idę poszukać zimnego piwa! :)


Tutaj moje metryki biegu i profil trasy.

Pamiątkowe zdjęcie ze zwycięzcą


Pamiątkowy dyplom
Tutaj wspomniano moje imię: „波兰跑者Sebastian4小时38分获得第三名” — w wolnym tłumaczeniu, mniej więcej: biegacz z Polski Sebastian z czasem 4:38 zajął trzecie miejsce.


4 komentarze: