Strony

31 maj 2013

Pierwszomajowy „Bieg radości” za „żelazną kurtyną”

Wybrałem się na tę wycieczkę w zasadzie tylko ze względu na pierwszomajowy bieg, który zorganizowany był przez biuro podróży.

Dowiedziałem się o nim przez przypadek na niecałe dwa tygodnie przed planowym wyjazdem. Więc pierwsza odpowiedź z biura była taka, że za późno już na wizę.

Drążyłem jednak temat kilkoma mailami i się udało.


po biegu, na placu Kim Ir Sena (fot. Lee Cherry)
To rzadka okazja do pobiegania w tym kraju.

Jest tam organizowany maraton w Pjongjangu, ale wymagania do kwalifikacji są jeszcze wyższe niż te w maratonie bostońskim, który uważany jest za jeden z najbardziej prestiżowych. Według angielskiej przewodniczki jest to 2:30! Czas dla amatora niewyobrażalny.

Takie historie
jak ta Macieja Górzyńskiego pokazują jednak, że zbliżenie się do tego czasu nie jest niemożliwe. Ale długa droga jeszcze przede mną. W Bostonie dla mojej grupy wiekowej jest to 3:35. Czas do którego spróbuję się zbliżyć w najbliższym 35. Maratonie Warszawskim. Mój numer startowy to 3136.

Dzień przed wylotem do KRL-D mamy spotkanie informacyjne w pekińskim oddziale biura podróży. Informują o tym co można, a czego powinniśmy się wystrzegać na miejscu. Jak się zachowywać itp. Między innymi jest o wspomnianym obowiązkowym czczeniu pomników.



Puszczona zostaje lista chętnych do biegu, większość ludzi zdaje się nie wiedzieć wcześniej o nim. Możliwe są dwie opcje 5 lub 10 km. W momencie kiedy dostaję listę jestem drugim chętnym na 10 km.

Cały pierwszy dzień wycieczki jest bardzo intensywny (jak zresztą i wszystkie pozostałe). Przewodniczka przez cały dzień nie jest w stanie wypowiedzieć się o żadnych szczegółach biegu. Podobno negocjują z władzami trasę i czas.

Dopiero około godziny 21 ustalono czas zawodów na 6:30 rano i uzgodniono trasę wzdłuż rzeki. Jednak tylko 5 km. Podobno władze nie zgodziły się ostatecznie na dłuższy bieg.

Przewodniczka spotyka z tą informacją sporą naszą grupę przy piwie w hotelowym barze. Wspomniany w poprzednim wpisie hotelowy mikrobrowar przypada wszystkim do gustu.

Bieg jest charytatywny, a 5 km można po prostu przejść. Przy piwie sporo osób się zapisuje, większość pierwszy raz słyszy o biegu, zdziwieni że ja przede wszystkim dlatego tu przyjechałem.

Wieczór jest dla wielu osób zapoznawczy i wszyscy mają sporo historii do podzielenia się oraz wrażeń z pierwszego dnia. Spędzamy tam trochę czasu i jestem jednym z ostatnich, którzy decydują się iść spać. Dystans 5 km jakoś mnie specjalnie do tego nie mobilizuje. To przecież niecałe 20 minut biegu...

Wstaję następnego dnia (1. maja) o 5:30 rano (czyli 4:30 czasu chińskiego).

Pobudka hotelowa o 6:00, jestem już wtedy po śniadaniu i porannej toalecie.


Rano temperatura około 7 stopni Celsjusza, a ma dojść do 17 w ciągu dnia. Jest słonecznie. Trochę wiatru i rześkie górskie powietrze. Nie czuć tu żadnego zanieczyszczenia. Obserwowałem z okna ruch uliczny przed wyjściem z hotelu i były to jakieś sporadycznie przejeżdżające pojazdy.


Na start podjeżdżamy dwoma autokarami. Nasza czterodniowa wycieczka i druga — tygodniowa. Łącznie około 30 osób.

Rześko od rzeki. Według koreańskiej przewodniczki — najdłuższej w Korei o długości ponad 400 kilometrów. Angielskojęzyczna wikipedia zdaje się z tym nie zgadzać. Na miejscu nie mam jednak jak sprawdzić tej informacji.

Czuje ciągle wypięty brzuch po piwie spożytym kilka godzin temu i generalnie jestem lekko niedospany. Wziąłem ze sobą na start aparat i miałem go przekazać Anglikowi, który miał w planach przejść całą trasę. Jednak na chwilę przed startem gubię go gdzieś w grupie ludzi.

Zaczyna się już odliczanie, a ja ciągle trzymam aparat w dłoniach. Znajduję go kilka sekund po starcie. Także bieg zaczynam od nadgonienia czołówki.

Początek biegu zaskakuje mnie tempem. Myślę sobie, że może być ciekawie. Biegniemy w grupie pięciu osób, chowam się w środku grupy.

Po około kilometrze sytuacja się klaruje. Reszta przeceniła swoje możliwości i zostaje w czołówce sam z, 4 lata młodszym ode mnie, Anglikiem. Swoją drogą urodzonym w Leeds (raz jeszcze, świat jest mały!).

W okolicach 2. kilometra rozstawiono stanowisko z wodą. Obaj z niej rezygnujemy.


Biegniemy pod wiatr. Trzymam się jego pleców i zastanawiam się kiedy zaatakować. Tempo jest dla mnie dosyć luźne, dużo wolniejsze od mojej życiówki.

Ale nie zamierzam się forsować i trzymam siły na finiszowy sprint, nie mam pojęcia jakie są jego możliwości i nie chcę się przedwcześnie „spalić”.

W pewnym momencie wpadamy w chmarę muszek i będzie tak już do końca. Utrudnia to trochę trzymanie tempa i kontrolę oddechu, bo macham sobie co jakiś czas rękoma przed twarzą osłaniając oczy i jednocześnie wydmuchuje muszki sprzed ust.

Spoglądam na współtowarzysza, ale ma on na sobie okulary korekcyjne i zdaje się nie przejmować sytuacją. Generalnie biegnie w skupieniu z założonymi słuchawkami.

Zaczynam się zastanawiać: czy kolega pił wczoraj z nami piwo, czy może poszedł wcześnie spać?

Muszki skłaniają mnie też do refleksji, że oprócz lekkich rękawiczek jeśli bieg po asfalcie ma być bardzo tłoczny, jak ten w Xiamen; oczywistych chusteczek higienicznych; warto mieć też w odwodzie lekką materiałową maseczkę na usta jeśli bieg ma być wzdłuż rzeki lub w innym miejscu które potencjalnie może być siedliskiem latającego robactwa.

Swoją drogą taka maseczka przydatna też jest bardzo podczas biegania w zimie. Gorzej z noszeniem do tego okularów, bo w połączeniu z maseczką łatwo o zaparowanie. Chociaż w tym biegu „przed siebie”, wzdłuż rzeki nie stanowiłoby to pewnie problemu, co innego w takim trochę biegu na orientację między hutongami.

Po drodze mijamy ponurych, ubranych w charakterystyczne za duże garnitury z czerwonymi przypinkami w klapie, panów z poważnymi minami i z rękami założonymi z tyłu.

Pilnują zapewne, żebyśmy nie zboczyli z trasy i przypadkiem nie osiedlili się na stałe w tym „mlekiem i miodem płynącym” państwie. Ryzyko jest spore, bo dobre piwo i czyste powietrze ciężko zignorować. Brakowałoby mi jednak w tej potiomkinowskiej wiosce Internetu ... no i kilku innych rzeczy!

Macham do smutnych panów ręką. Odmachują, uśmiechają się. Nie są tacy straszni. Po biegu ktoś sarkastycznie komentuje, że pewnie obca jest im koncepcja dobrowolnego spalania kalorii...

Z komentarzy po-biegowych, ludzie narzekają że zjedli kilogramy muszek. Australijczyk zastanawiał się pół drogi czy mógł splunąć czy to tu duże faux pax. W kontynentalnych Chinach to normalne. Tutaj wszystko ma wyglądać ładnie, ludzie są grzeczni. Przez cały pobyt nie zauważyłem na ulicach ani jednego papierka czy jakichkolwiek odpadków.



Profil trasy z nike+
Co jakiś czas mijają nas też rowery, w koszykowych bagażnikach wiozą proste ozdoby zrobione z gazet czy sztuczne kwiaty. Prawdopodobnie zmierzają na jakieś pierwszomajowe obchody.

Na około czwartym i pół kilometrze przełączam zegarek z odczytu chwilowego tempa na przebyty dystans. Żeby mieć lepszą kontrolę sytuacji. Jesteśmy na wysokości placu Kim Ir Sena, gdzie miała być meta, więc przygotowuję się do ataku.

Prosta droga wzdłuż rzeki kończy się małym wzniesieniem, którego szczytu nie widać. Domyślam się, że najprawdopodobniej za nią jest meta, co potwierdzałyby wskazania zegarka.

Decyduję się zaatakować biegnąc pod górkę, jednak na szczycie uznaje że coś jest nie tak. W zasięgu wzroku nie widzę niczego co przypominałoby metę. Kontynuujemy bieg, lekko skonfundowani wyprzedzając się na zmianę.

W pewnym momencie zauważamy beżowy busik jadący równo z nami. Z okna wystaje znajomy kamerzysta i drugi osobnik, który coś krzyczy. Macham im i kontynuujemy bieg.

Krzyczą żebyśmy się zatrzymali! Minęliśmy już dawno metę!

Ta sama ekipa, która rozdawała wodę na około drugim kilometrze miała dojechać i rozłożyć się na mecie.

Nie wzięli pod uwagę, że ktoś tam może się zjawić w ciągu kilkunastu minut!

Tabela czasów

Tutaj profil trasy z endomondo. Co ciekawe, na Google Maps od niedawna dostępny jest widok satelitarny KRL-D. Według przewodniczki stało się to niedługo po tym jak przedstawiciele Google byli tutaj na wycieczce.

Po biegu Austriacy mają skojarzenia z Wiedniem. Ja trochę z Toruniem (muszki!), trochę z Seulem.

Tutaj miała być meta
Anglikowi bieg nad rzeką przypomina odrobinę Londyn. Mówi że londyńskie zanieczyszczenie daje mu „powera”, żeby biegać tutaj w czystym powietrzu. Napomknąłem, że obecnie mieszkam w Pekinie.

Zwycięscy na placu Kim Ir Sena

Po zebraniu się całej grupy, kończymy lekkim truchtem wokół placu Kim Ir Sena.

Trucht wokół placu, na zdjęciu widać oznaczenia pozostawione tam w wiadomym celu
Stoję z Chinką przy placu i mówię że przy Tiananmen ten tutaj wydaje się strasznie mały. Na wszystkich tych propagandowych paradach miejsce to wydaje się dużo większe.

Mówię, że nawet plac w Warszawie (plac Defilad) jest większy (mając na myśli większy od tego tutaj). Na co Chinka odpowiada zdecydowanym stwierdzeniem, że Tiananmen jest największy.

Ignoruje oczywiste niezrozumienie mojej wypowiedzi i odpowiadam, że wszystko w Chinach musi być największe, najdłuższe i najszybsze.

Śmiejąc się pytam czy nie nudzi jej oglądanie olimpiad gdzie wszystkie transmitowane zawody kończą się złotem (ewentualnie srebrem) dla Chin. Nie ma tyle czasu antenowego żeby pokazywać wszystkie konkurencje w których startują Chińczycy, więc jak już jakąś pokazują to z dużym prawdopodobieństwem wiadomo że będzie medal.

Zrozumiała mój punkt widzenia :)

Tak na marginesie, dowiedziałem się ostatnio że największy plac świata jest w chińskim mieście Dalian, a nie w Pekinie.

Więcej wspomnień i kilka zdjęć z wycieczki można znaleźć w dwóch poprzednich wpisach.

1 komentarz:

  1. Bardzo dobry czas! Ja mam zawsze niesamowite trudności z bieganiem dzień po spożyciu nawet niewielkich ilości alkoholu, więc podziwiam Twoje tempo - ja nawet w najlepszej formie nie dałbym rady dotrzymać Ci kroku.

    OdpowiedzUsuń