Strony

16 maj 2013

kilka wspomnień z Korei Północnej

po biegu, na placu Kim Ir Sena (fot. Lee Cherry)
Nie wiem jak zacząć ten wpis, bo sama koncepcja wyjazdu do Korei Północnej (nawet już po powrocie!) wydaje mi się odległa i abstrakcyjna.

No ale, jednak spędziłem tam całe cztery dni i noce.
Obawiałem się odrobinę przed wyjazdem, że będzie mroczno, depresyjnie i generalnie „niestabilnie”.

Kraj ten, lekko mówiąc, nie ma dobrej prasy. Czytałem przed wyjazdem sporo mrocznych relacji.

Szukające taniej sensacji media nie ułatwiają zrozumienia jakim miejscem jest ten kraj.

Prawdopodobnie jest też taka sytuacja na rękę przywódcom, którzy może chcą być widziani w ten sposób. Może jednak też coś się zmienia?

Innym razem zrobił zdjęcie w galerii handlowej, jak ojciec u szczytu schodów ruchomych chwyta za ręce swoją córkę i unosi ją nad ziemią, by ta przeskoczyła końcówkę schodów. - Dałem to zdjęcie AP i usłyszałem, że zdjęcie jest ustawione, że to aktorzy, którzy się tylko przede mną popisywali... Czy naprawdę tak trudno uwierzyć, że wszędzie, nawet w Korei Północnej, znajdziemy ojców, którzy kochają swoje córki i chcą im kupować buty i spodnie? - pyta. - Korea Północna to nie tylko wrogi reżim. To także ludzie, którzy mają tu swoje własne życie.
źródło, streszczenie po polsku (dzięki Michał za linki!)

Ale chyba duży wpływ ma na to też nastawienie z jakim się jedzie i... pora roku!


z przewodniczką, panią Kim
Pogoda naprawdę dopisała. Nie przyszło mi do głowy, żeby wziąć ze sobą olejek do opalania i się trochę spiekłem. Uśmiechałem się i machałem do większości napotkanych ludzi i w dużej większości przypadków taka „otwarta postawa” działa. W końcu to samo wysłaliśmy kosmitom!

Tak łatwo odczłowieczyć ludzi, którym przyszło żyć w takim miejscu. Jest na to jednak sposób:

Po prostu kontakt – czyli nawiązanie przyjaźni, częstsze rozmowy, które pozwalają poznać perspektywę obcych nam z pozoru ludzi. Dzięki bezpośredniemu kontaktowi zanika lęk międzygrupowy, który jest podstawą dehumanizacji. Co ciekawe, wystarczy sobie tylko wyobrazić takie w miarę sympatyczne spotkanie z Żydem, Czeczenem czy wyborcą PiS albo PO – a już zaczniemy dostrzegać ludzkie emocje u grup, które wcześniej wydawały nam się obce.
 dr Michał Bilewicz, źródło

Zastanawialiście się kiedyś nad tym, że mały pies zawsze najgłośniej szczeka czując się zastraszonym przez wszystko co od niego większe?
Krótko przed wyjazdem przeczytałem o Amerykaninie, który zrobił zdjęcia jakich robić nie powinien. Przestrzegają przed tym też organizatorzy wycieczki. Materiału do fotografowania jest niesamowicie dużo. Przez cztery dni zrobiłem około dwóch tysięcy zdjęć i nagrałem kilka filmów.

Zastanawiałem się na kontrolą tych zdjęć, ale okazuje się że sprawdzają je tylko kiedy wyjeżdża się stamtąd pociągiem. Na granicy koreańsko–chińskiej jest dwu–trzygodzinna odprawa i nawet ludziom z mojej grupy przydarzyło się, że oficer usunął kilka zdjęć. Ja wracałem samolotem. Nie ma tam czasu na takie kontrole.

Na lotnisku generalnie wszystko przebiega szybko i sprawnie. Amerykanie (tak, wpuszczają ich tutaj) z mojej wycieczki zaskoczeni mówią, że jest pod tym względem o niebo lepiej niż na JFK. Inny Amerykanin wspomina ponure kilka godzin na granicy z Iranem.

Niektórzy ludzie muszą odpowiedzieć na kilka pytań, ale pracujący w Chinach mieszkaniec Europy Wschodniej najwidoczniej nie wzbudza podejrzeń. Dużo większe zainteresowanie moją osobą przeżyłem prawie dwa miesiące temu wjeżdżając do Australii z dwiema Chinkami.

Od 2013 roku można też wwozić do kraju telefony komórkowe, wpisują tylko model do zeszytu przy wjeździe. Chyba robią statystyki popularności marek, bo przy wyjeździe nikt mnie już o telefon nie pytał.

W kilku miejscach mówią nam, że zdjęć absolutnie robić nie można. Raz żołnierz podchodzi do mnie i prosi żebym skierował aparat w inną stronę.

Zaskoczeniem jest dla mnie strefa zdemilitaryzowana, gdzie oprócz kilku miejsc można swobodnie robić zdjęcia. Łącznie z pozowaniem z żołnierzem, choć wcześniej tłumaczono nam że jakiekolwiek zdjęcia żołnierzy są stanowczo zabronione. Pierwszy raz od przyjazdu słyszymy tam ptaki. Dźwięku stukającego dzięcioła nie słyszałem już z resztą od dosyć dawna.

Odwiedzając w tamtym roku Seul nie wybrałem się na wycieczkę do DMZ skupiając się bardziej na „pacyfistycznych rozrywkach” jakie oferuje to miasto. Z małym wyjątkiem klubów i barów w okolicach amerykańskiej bazy wojskowej. Mam stamtąd kilka ciekawych wspomnień, ale to nie materiał na tego bloga. Ciekawostką jest, że w kilku miejscach Amerykanie mają tam zakaz wstępu.

Poznany na wycieczce Brytyjczyk mieszkający na stałe w Nowym Jorku wybrał się rok wcześniej do tej południowej ze swoją koreańską dziewczyną. Przejeżdżając samochodem zrobili tam kilka zdjęć, co zostało zauważone przez żołnierzy którzy przez kilka kilometrów jechali za ich samochodem żeby go w końcu zatrzymać i skasować ich zdjęcia. Odnosząc się przy tym z pogardą do dziewczyny.

Z północnej strony mówią nam, że atmosfera jest tam teraz bardzo napięta, po niedawnych południowokoreańskich manewrach. Ale specjalnie nie czuć tego napięcia. Towarzyszący nam tam koreański młodszy oficer mówi trochę po Chińsku więc chwilkę sobie z nim konwersuję. Trzy lata młodszy ode mnie, przez 7 lat służby dosłużył się dopiero porucznika.


Strefa zdemilitaryzowana. Żołnierz mówił trochę po Chińsku, więc sobie chwilkę pogadaliśmy.

Kiedy czekamy na wjazd do strefy naszym autobusem, wyjeżdża stamtąd autobus pełen japońskich turystów. Nie spodziewałbym się tam przedstawicieli tej nacji. Pytam go co o nich myśli. Szybko i stanowczo odpowiada, że nie lubi i szczerzy przy tym zęby. Śmieję się razem z nim, bo podobna scenka przytrafiła mi się już kilka razy w Chinach. Jest raczej wesoły i pogodny.

Robi tylko poważną minę, kiedy przy gablotkach z flagami pozostawionymi tam po podpisaniu traktatów kończących wojnę koreańską, mówi że są w każdej chwili gotowi do wojny i nie boją się jej. Dodaje, że ewentualna wojna byłaby okazją do tak upragnionego przez nich zjednoczenia.

Wycieczka jest bardzo intensywna. Program od rana do wieczora załadowany jest miejscami do odwiedzenia. W samym Pjongjangu zatrzymujemy się w prawie pięćdziesięciopiętrowym hotelu Yanggakdo położonym na małej wyspie Yanggak, której nie wolno nam samowolnie opuszczać. Ku mojemu zaskoczeniu, nawet na najwyższych piętrach hotelu możliwe jest otwieranie okien na całą szerokość, co jest nie do pomyślenia w tak wysokich budynkach! Umożliwia to jednak zrobienie całkiem interesujących zdjęć miasta.

Jednego wieczora po kolacji wybieramy się z Brytyjczykiem (mieszkającym na stałe w Pekinie) i Chińczykiem (studiującym w Nowym Jorku) na zewnątrz hotelu. Stróże szybko dają o sobie znać latarkami, ale nie przeszkadzają nam w spacerze.

Zwiedzamy też położone w piwnicy hotelu chińskie kasyno. Grają tam akurat jakieś chińskie „szychy”. Markowe zegarki, garnitury, chmura drogiego tytoniu w powietrzu. Te sprawy. Na ostatnim piętrze znajduje się ruchoma restauracja. Tam spędzimy ostatnią noc.

Nie przepadam za zorganizowanymi wycieczkami, na których zabierają cię z grupą z miejsca na miejsce, a w chwili obecnej inny rodzaj turystyki nie jest tutaj oficjalnie możliwy. Można zdecydować się na wycieczkę indywidualną, ale wygląda to mniej więcej tak samo jak z grupą.

Co ciekawe, większość ludzi z mojej grupy miała podobne zapatrywania na podróżowanie. Nie znalazłem tam amatorów „all inclusive w Egipcie”. Chinka wybiera się na maraton na Antarktyce. Czego bardzo jej zazdroszczę i pewnie kiedyś też się wybiorę, ale na pewno nie w tym roku. Cena to ponad 10 tysięcy euro, ale jest to jedna z niewielu możliwości odwiedzenia tego miejsca.


Moja grupa niesamowicie ciekawych ludzi z całego świata

Przy jednej z kolacji rozmowa zeszła na szpan i przepych w Dubaju. Jedna z osób mieszkała tam przez jakiś czas. Wypytywałem o miejsca warte zobaczenia, bo będę tam odrobinę dłuższą chwilę (niż tą niecały miesiąc temu) we wrześniu. Siedząca obok mnie Austriaczka szybko skomentowała, że fakt że jestem tutaj świadczy o tym że tamto miejsce stanowczo nie jest dla mnie.




Wycieczka nie należy do tanich i za cenę czterech dni spokojnie można by było spędzić ponad tydzień na jakiejś tropikalnej wyspie Azji południowo-wschodniej (wycieczka na filipińską wyspę Boracay przykładowo wyszła mi około dwa–trzy razy tańsza, przeliczając na dni!). Naprawdę warto pojechać nawet dla samych ludzi jakich można tam poznać.

Po śniadaniu w przygranicznym Kaesong przysiadam się z poranną kawą do starszego dżentelmena pykającego fajkę, który okazuje się być brytyjskim emerytowanym profesorem.

Dziedzina w jakiej się poruszał przez lata to właśnie takie orwellowskie miejsca i jak to wszystko działa. Był też między innymi kilkukrotnie w PRL czy ZSRS. Żałuje że mamy tak mało czasu do odjazdu autobusu z tego miejsca (przyjechał on z inną wycieczką), bo ilość pytań jakie pojawiła mi się w tej chwili w głowie była ogromna i czuje się jak mały piesek szczekający przy dużym dostojnym psie.

Profesor mówi z właściwą sobie flegmą i kiedy jest w trakcie odpowiadania na jedno pytanie ja już czekam z następnym. Opowiada między innymi o podobnej do tej „wycieczki” do Gdańska w 1982. O Katowicach gdzie przez zanieczyszczenie powietrza z budynku dworca kolejowego nie można było dostrzec budynku naprzeciwko (o ile dobrze pamiętam hotelu, czyta to ktoś z Katowic?).


większość czasu towarzyszy nam kamerzysta

Na moje naiwne pytanie czy uważa, że oni w to wszystko naprawdę wierzą odpowiada mi pytaniem: „pomyśl młody dżentelmenie, jeśli tak łatwo jest skłonić zagranicznych turystów do składania kwiatów i kłaniania się ich pomnikom to do czego mogą zmusić ludzi którzy tu żyją?”.

Tak na marginesie, wszystkie te obowiązkowe (uprzedzono nas o tym przed wyjazdem) pokłony pomnikom i składanie kwiatów zostały uwiecznione przez ciągle nam towarzyszącego kamerzystę. Oficjalnie nagrywał on pamiątkowe DVD.

Wracając do angielskiego dżentelmena. Po chwili opowiada o spotkaniu w czasach Związku Sowieckiego w którym oprócz sowietów uczestniczą też marksiści z Wielkiej Brytanii, których sami sowieci uważają za niespełna rozumu.

Opowiadam o tej fascynującej rozmowie jednemu z Niemców z naszej wycieczki przy jednym z postojów. Przypomina mi o słowach Lenina: „użyteczni idioci”.

Po powrocie do Chin rozmawiałem o tym z jednym z chińskich kolegów. Przyznaje mi rację, że chyba nigdzie na świecie nikt w to nigdy naprawdę nie wierzył. Opowiada o przypadkach schizofrenii spowodowanych podwójną moralnością. To co myślisz i to co chcesz żeby myśleli że myślisz. Orwell na całego!

Na naszym polskim gruncie te rozdwojenie było zjawiskiem jeszcze ciekawszym ze względu na istnienie instytucji Kościoła. Przypomina mi się scena z „Zawróconego” Kazimierza Kutza gdzie towarzysz Siwek wysłany jako szpicel na manifestację Solidarności  zapominając się ryczy jak baran pieśni religijne. Narażając się przez to na pościg ZOMO. Bardzo ciekawy wizualnie zresztą: familoki, składziki na węgiel, śmietniki z popiołem, śląskie podwórka.

Wszyscy tutaj (w ChRL) są bardzo zainteresowani jak tam wygląda życie. Moje opisy przeważnie komentowane są: „jak Chiny 30–40 lat temu”.

Faktycznie, wiele osób z wycieczki powtarza, że to jak podróż w czasie. Był w mojej grupie między innymi Brytyjczyk który studiował w Związku Sowieckim i Amerykanin który odwiedzał Polskę, Rosję czy Albanię kilka razy na przestrzeni lat.

Wyrzuty sumienia, że jednak płacąc za ten wyjazd sponsoruje się wrogi reżim (biuro podróży przestrzega przed podawaniem nazwy kraju w tytule przelewu, ponieważ banki blokują takowe) zakrywam faktem, że bieg jest charytatywny, a zebrane pieniądze przekazywane są na mleko w proszku dla dzieci z sierocińca.

Tak na marginesie to jest z nim problem nawet w Chinach! Mimo, że od skandalu minęło już kilka lat znajomi którzy mają dzieci często proszą o zakup większej partii jeśli ktoś wyjeżdża do Europy.


Piękny ukłon
Nie wspominając o niemierzalnej cenie zapobiegania wspomnianej dehumanizacji. Może kiedyś dzieciak, który wyrośnie na żołnierza zawaha się przed przyciśnięciem mitycznego „czerwonego guzika”.

Rozmawiałem kiedyś z Chińczykiem, który będąc mniej więcej mojego wieku do tej pory wspomina swój pierwszy kontakt z obcokrajowcem kiedy miał około pięciu lat! Takie spotkania żyjąc w takiej rzeczywistości się pamięta.

Znajomy Chińczyk z biura kiedyś nieśmiało zwierzył mi się, że byłem „pierwszym niebieskookim blondynem” z którym przyszło mu porozmawiać i „wypróbować czy jego angielski naprawdę działa”. Dukał przestraszony ale mój mocno „kulejący” wtedy Chiński i prosty komplement, że jego angielski jest niesamowity dużo ułatwił mu wtedy kontakt. Dziś bez skrępowania mówi płynnie po angielsku i poradził sobie będąc za granicą. To tak na marginesie, bo wchodzi tutaj też w grę koncept „twarzy” i lęku przed jej „utratą” poprzez popełnienie błędu.

Pierwszego maja spędzamy około godziny w parku. Grupka młodych ludzi chce zrobić sobie ze mną zdjęcie. Rozpoznaje ich zachowanie, którego świadkiem byłem wiele razy w Chinach. Nieśmiało przepychają najmniejszego z nich żeby zapytał mnie o zdjęcie. Nie mówią po angielsku, ale są bardzo przyjaźni. Trochę przestraszeni. Podobnie jak ludzie w Chinach, zaskoczeni są że też pytam o podobne zdjęcie dla mnie. Po całym „zajściu” zbierają się w kręgu wokół aparatu z zaciekawieniem oglądając „zdobycz”.

Gdyby nie charakterystyczna czerwona przypinka w klapie, sądząc po wyglądzie, najstarszego z nich i jego nieco archaiczny strój, zdjęcie wygląda jakby było zrobione w Chinach.



Słońce mocno operuje tego dnia, więc postanawiam ochłodzić się zimnym piwem. Podchodzę do małej białej budki. Znam kilka podstawowych słów po koreańsku, ale moje „mekdźu” i wskazywanie ręką na butelkę zdaje się nie działać. Kobieta próbuje coś mi wyjaśnić. Trwa to dłuższą chwilę.




Scenę musiał zauważyć mężczyzna około pięćdziesiątki, bo podchodzi do mnie i pyta łamanym rosyjskim czy jestem z Rosji. Odpowiadam, że z Polski i mocno żałuje że mój Rosyjski jest taki ubogi, że jestem tylko w stanie z nim wymienić kilka uprzejmości. Pomaga mi kupić wskazywaną przeze mnie butelkę. Upewniam się tylko żeby była chłodna. Nie przychodzi mi do głowy zapytać co usiłuje kupić. 10% na prostej etykiecie wskazywałoby na wino i prawdopodobnie to starała mi się wyjaśnić ekspedientka.


Pierwszy łyk rozwiewa wszelkie wątpliwości. Kupiłem oranżadę o smaku przypominającym „Ptysia” z dzieciństwa, a 10% to... zawartość cukru! Co nota bene sprawdza mi później w słowniku Amerykanin z naszej wycieczki, który spędził w Seulu kilka lat nauczając angielskiego. A propos języka koreańskiego to podobnie jak między Chinami, a Tajwanem lata separacji zrobiły swoje i zbiory słów oprócz części wspólnej mają też dwie części rozdzielne. Nie trudno się domyślić, że nazwy wszystkich rzeczy które pojawiły się po oddzieleniu różnią się między sobą. Język północy zapewne jest też dużo uboższy w terminologii IT czy wysokich technologii.

Pamiętam jak odwiedzający kiedyś chińskie biuro Tajwańczyk śmiał się z chińskiego wyrażenia 打车 oznaczającego „łapanie taksówki”, bo dosłownie można je przetłumaczyć jako „uderzyć/zagrać samochód”.

Co do piwa to jest ono tu dużo lepsze niż w Chinach, produkowane na małą skalę przypomina smakiem bardziej mikrobrowary niż wielkie koncerny. W hotelowym barze jest swoją drogą mikrobrowar.

Tak jak wspomniano tutaj, mają oni jednak problem z butelkami (przypuszczam że ogólnie ze szkłem). Można więc spotkać piwo butelkowane w znane z Chin marki (widziałem Tsingtao, czy bardziej lokalne Yaluriver).


Miało być o biegu (który można powiedzieć że wygrałem), ale postanowiłem podzielić wspomnienia na co najmniej dwa wpisy.


Przed zadawaniem ewentualnych pytań, proszę zapoznaj się z tym. Więcej zdjęć dostępnych tutaj.

kręgle w Pyongyangu (fot. Lee Cherry)


przy świetle latarki w przygranicznym Kaesong (fot. Lee Cherry)
Łuk zwycięstwa, odrobinę większy niż ten w Paryżu

10 komentarzy:

  1. Swietnie sie czyta...

    pozdrawiam A.G.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! dobrze wiedzieć, że ktoś to czyta :)

      Usuń
    2. Przyłączam się do komplementów. Twoje wpisy odkładam sobie zwykle na później, żeby przeczytać w spokoju. Czekam na kolejną część.

      Usuń
  2. Zazdroszczę udziału w biegu w Pyongyang. Byłem w Korei Północnej dwa lata temu i udało mi się tylko pobiegać po wyspie gdzie jest hotel. Bardzo chciałbym pojechać na Pyongyang International Marathon. Mieszkałem przez rok w Chinach w czasie studiów i wtedy udałem się do KRLD. Chciałbym powrócić do Chin żeby też móc pobiec po Murze Chińskim :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki. Życzę powodzenia i wytrwałości! Sam też bardzo bym chciał wystartować w maratonie w Pjongjangu, może się tam kiedyś spotkamy! Warto mieć marzenia! :)

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    3. Witam ponownie po rocznej przerwie. W trakcie przygotowywania mojego nowego bloga o turystyce w Korei Północnej przypomniałem sobie o Twoim wpisie o biegu w KRLD i świetnej relacji. Z pewnością wrzucę przy jakiejś okazji linka do Twojego wpisu o KRLD na moją stronę. Jeśli interesuje Cię tematyka KRLD i turystyki w tym kraju, to zapraszam na moją nową stronę Pozdro z KRLD na Wordpressie http://pozdrozkrld.wordpress.com/ Dopiero zacząłem, więc jeszcze dużo nie ma, ale już w przygotowaniu moja relacja z podróży do KRLD w 2011 roku. Pozdrawiam

      Usuń
  3. Czołem Sebo, w końcu udało mi się przeczytać kolejny z Twoich wpisów... i znowu rewelacja! Na serio masz do tego dryg :) Szkoda, że nie złapałeś kontaktu (np. mailowego) z tym profesorem. Chętnie bym poczytał relację z Twojego spotkania z tak ciekawym czlowiekiem (lub na takowe spotkanie się wybrał... np do Ostródy :) ). Fotki też super! Naturalnie jeden z najlepszych momentów to trzymający w napięciu opis zakupu piwa (które okazało się przesłodzoną oranżadą) :D Dla mnie bomba!

    Pozdrawiam Tomek

    PS
    mam nadzieję, że jak będziesz w Ostródzie z okazji świąt (lub - chociaż przejazdem - w Poznaniu) to się odezwiesz.
    PPS
    do Poznania masz zaproszenie (bezterminowe). Nie zapomnij tylko zabrać zdjęć (bądź wrzucić ich na jakiś witrualny dysk ;) ). Zapewniam smaczne, zimne piwko, jeżeli zapewnisz ciekawy komentarz do zdjęć :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hej!
      jestem zapisany na maraton poznański w tym roku, ale wszystko zależy od tego jak pójdzie mi w Warszawie, bo to tylko dwa tygodnie różnicy :)

      pozdrawiam! :)

      Usuń