Strony

25 kwi 2013

harrowthon 2013 — czeski film

Kolejny niedzielny poranek (21. kwietnia) upłynął mi w duchu sportowej rywalizacji. Tym razem nie było jednak tak „kolorowo”.

Generalnie nie chodzi o bicie rekordów, szlifowanie wyników i ściganie się z innymi. Tylko o czerpanie radości z samego ruchu.

Ale nie wyprzedzajmy faktów...


Wspominałem ostatnio, o biegu na który się wybieram. Podałem tam warunek, że AQI nie powinno być powyżej 200 jednostek.

Jednak nie jest z tym sprawa taka prosta. Otóż w niedzielę po 7:00 rano ostatnie dostępne notowanie zanieczyszczenia powietrza było z 5:00 rano, miało tendencję wzrostową i wynosiło 185 jednostek...

Zdecydowałem się jednak pojechać na miejsce i ewentualnie tylko uiścić opłatę za start, odebrać pamiątkową koszulkę. Wszak chodziło o cele charytatywne.

Okazało się, że dotarcie na miejsce nie jest sprawą taką prostą. Po wyjściu z metra, mi i moim towarzyszom (polski architekt Seba i przypadkowo spotkana przy wyjściu z metra Amerykanka) ukazał się teren co najmniej ciekawy.

Szarobury krajobraz, bo poranna mgła i do tego pył z okolicznych placów budowy. Pekin (jak i inne chińskie miasta, które przyszło mi do tej pory odwiedzić) usiany jest placami budowy. W Chinach wszędzie coś się buduje!

Zwłaszcza na szybko urbanizowanych przedmieściach. Gdzie pola uprawne, zabudowa typowo wiejska, osady ciasno skupionych hutongów mieszają się z nowo powstającymi osiedlami mieszkalnymi czy zakładami pracy.

Cała nasza trójka miała problem ze znalezieniem szkoły, gdzie wydarzenie miało się odbywać. Prawie weszliśmy na jeden z placów budowy, dopatrując się w jednym z obiektów dużego szarego budynku z opisu. Z rozmowy wyszło, że Amerykanka studiowała z Stanach język mandaryński, jednak cała komunikacja z miejscowymi przypadła autorowi tego bloga. Zagadnięci „lokalsi” nie mieli pojęcia o żadnej szkole.

Co typowe, prości robotnicy przeważnie znają tylko drogę z pracy do miejsca spoczynku, nie zwracając specjalnie uwagi na okolice.

Zapas czasu z jakim dotarliśmy do stacji metra szybko topniał!

W końcu jeden z zagadniętych „tubylców”, drapiąc się w czoło palcami jednej dłoni, wskazał szkołę palcami drugiej.


Docierając na miejsce, szybko okazuje się, że to nie ta szkoła!
Czasu zostało już naprawdę niewiele!

Rozważałem w tym momencie wystartowanie w biegu na 5 km, który miał odbyć się 10 minut później.

Docieramy jednak we właściwe miejsce kilka minut przed startem biegu na 10 km.

Szybko wpłacam 100 juanów należne za pakiet startowy. Jednak w momencie gdy dziewczyna odbiera ode mnie banknot dowiaduję się, że rejestracja w tym momencie jest już zamknięta.

Wręcza mi kuponik z numerkiem i informuje, że właśnie przekazałem pieniądze na dobroczynną loterię :)

Mówi jednak, że mogę dokonać rejestracji po biegu, a teraz powinienem czym prędzej skierować się do linii startu.

W tym momencie poranne rozterki „biec w tych warunkach czy nie”, gdzieś znikają i chcę jak najszybciej znaleźć się na linii startu.




Mijam pierwszy kilometr
Mimo spóźnienia bez problemów ustawiam się w pierwszej linii. Nie ma zbyt wielu ludzi — na oko około dwustu osób. Bardzo kameralnie.

Pierwszy kilometr to okrążenie budynków szkoły i rundka po szkolnym boisku (które na obrazie satelitarnym z google maps jest jeszcze placem budowy) wyłożonym bujną i miękką trawą. Nogi aż same niosą do przodu.

Nie ma tu jasno wytyczonej trasy. Wszyscy biegną za biegaczem z numerem startowym 001 — Linusem Holmsäterem.
Przyjechał do Pekinu ze Szwecji i założył organizację Heyrobics by promować bieganie i aktywność fizyczną.

Pokonuję ten kilometr trzymając się czołówki. Czuję się lekko. Jednak patrząc na zegarek zaraz po jego przebiegnięciu szybko zdaje sobie sprawę, że to stanowczo nie moje tempo na 10 km! 3:16 (min/km)!

Szybko koryguje tempo i przechodzę do około 4:00 (min/km), które zdało się działać tydzień temu.

Wybiegamy z terenu szkoły, żeby za chwilę znaleźć się w ciasnych uliczkach hutongów. Przerywamy w ten sposób spokojne niedzielne przedpołudnie mieszkającym tu ludziom. Którzy jednak obdarowują uśmiechami i standardowym na te okazje: „加油!”.

Uważać trzeba na pozostawione na wąskich uliczkach przedmioty, krzątających się ludzi, bawiące się dzieci, psy... i to co psy po sobie zostawiają.

Trasa przypominała mi te z weekendowych wyjazdów z „hasherami”, ciekawej organizacji biegowej, na której kilka wyjazdów wybrałem się w poprzednim sezonie. W tym też się pewnie wybiorę!


W gąszczu krętych i ciasnych uliczek łatwo się zgubić. Trasa oznaczona jest kartkami formatu A4 zawieszonymi co jakiś czas na ścianach budynków czy słupach na wysokości oczu. Do tego ustawieni są wolontariusze, uczniowie szkoły organizującej bieg, którzy kierują we właściwym kierunku.

Wybiegamy z ciasnych hutongów i na około drugim kilometrze podawane są butelki z wodą. Uznaje że to jednak trochę za wcześnie, nie zdając sobie sprawy z tego, że to jedyny punkt odżywczy na trasie.

Biegniemy po ulicy, a wolontariusze zatrzymują ruch uliczny na skrzyżowaniu. Po jednym ze skrętów asfalt przechodzi w drogę gruntową między polami uprawnymi. Widoki... ciekawe, zapachy... różne. Rowy melioracyjne pełne śmieci i odpadków i tym podobne.

Jakiś czas trzymam się biegacza z numerem 028, jednak w pewnym momencie przechodzi on w tempo ok. 3:45 i powoli zostawia mnie za sobą.

W tym momencie staje się rzecz dziwna. Dookoła nikogo! Szczere pole, żadnych kibiców i znikająca sylwetka biegacza przede mną. Czasem mija mnie jakiś motocykl. „Samotność” na trasie.

W międzyczasie znów poprawiam życiówkę na 5 km (19:06) i postanawiam poszukać jakiegoś biegu na tym dystansie. Najbliższa okazja nadarza się w przyszłą niedzielę (w moim ulubionym parku), ale jest ona pracująca. Może uda mi się na to wykorzystać przerwę obiadową!

Dobiega do mnie inny biegacz. Jakiś czas cieszę się z faktu że biegniemy tym samym tempem. Jednak nagle przyśpiesza, zadziwia mnie tym bardzo, bo zmiana tempa jest nagła i spora. Trzymam cały czas te same „swoje tempo” i widzę jak się ode mnie oddala.

Za jakiś czas mijam go stojącego z prawej strony drogi. Sytuacja te powtarza się kilka razy. Ciekawa strategia.

Na około ósmym kilometrze zawodnik ten znów biegnie przede mną. Mija skrzyżowanie na którym ochotnicy zatrzymują samochody i skręca w prawo. Mam dziwne przeczucie, że to nie jest dobra droga. Oglądam się do tyłu na wolontariuszy, ale nie zwracają specjalnie na nas uwagi.

Biegnę poboczem asfaltowej drogi, a po obu pasach jeżdżą samochody. Mijam mojego kompana siedzącego na przydrożnym kamieniu. Znów nie mam nikogo przed sobą, ścigam się z jakąś rodzinką na rowerach i ku ich uciesze ich wyprzedzam.

Odcinek wydaje mi się dziwnie długi. Zegarek pokazuje mi, że mijam dziewiąty kilometr, ale nie widać żadnego oznaczenia na trasie ani wolontariuszy. Wyprzedza mnie tuk-tuk z dwójką chińskich dzieci stojących w „kabinie pasażerskiej”. Mała dziewczynka cieszy się na mój widok i macha
mi rączką.

Dobiegam w końcu do wiaduktu i trafiam na skrzyżowanie z regularnym ruchem ulicznym bez żadnych wolontariuszy. Nie mam już żadnych wątpliwości, że wcześniejszy skręt w prawo nie był najlepszą decyzją :)

Wracam tą samą drogą, po drodze mijając mojego kompana o ciekawej strategii. Tłumaczę mu nasz błąd i kontynuuje bieg. Po drodze
notuje czas na 10 km (39:43). Który uplasowałby mnie w pierwszej dziesiątce... gdybym nie wybrał opcji turystycznej :)

Mijam „feralne” skrzyżowanie i śmiejąc się coś tam krzyczę do wolontariuszy, ale wzruszają tylko ramionami. W tym momencie na trasie jest już sporo biegaczy o tempie około minuty wolniejszym od mojego także zaliczam „rajd” wyprzedzania.

Mijam przystanek z wodą i tym razem biorę butelkę. Powinien to być ósmy kilometr trasy. Dla mnie zbliża się jedenasty.

Znów wbiegamy w kręte i ciasne uliczki hutongów i znów nie mam nikogo przed sobą. Widzę na jednej ze ścian strzałkę w prawo i skręcam w pierwszą możliwą uliczkę. Wydaje się ona dziwnie wąska. Przebiegam przez świeżo rozwieszone na sznurze pranie i prawie wpadam na małego psa, żeby po chwili dostrzec że to ślepy zaułek! Jestem na czyimś dziedzińcu!

Szybki odwrót i po drodze zawracam jeszcze dwie osoby, które za mną podążyły.

Dobiegam do szkoły. Znów rundka po stadionie. Mijam metę i zatrzymuję zegarek na 49:51 co dałoby mi pozycję w pierwszej pięćdziesiątce.

Piszę „dałoby”, ponieważ czas mój nie zostaje zanotowany bo nie mam na sobie numeru startowego!

Okazuje się, że rejestracja po biegu nie jest możliwa :)



Międzyczasy

Profil trasy z nike+



Bieg wygrał wspomniany wcześniej Linus Holmsäter. Po biegu dowiedziałem się, że jest on zwycięzcą tegorocznego półmaratonu w Xiamen

Przyłączyłem się właśnie do ich (
Heyrobics) programu letniego. Pora nauczyć się czegoś nowego.

Dzięki Seba za zdjęcia i doping!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz