Strony

17 kwi 2013

Beijing Running Festival 2013

Niedzielny poranek 14. kwietnia upłynął mi pod znakiem Międzynarodowego Święta Biegania w Pekinie!

Jak wszystko w Chinach, koniecznie musi mieć długą tradycję, tak i ten bieg chwali się 55-letnią historią.



Pogoda dopisała! Chłodny poranek przywitał czystym, niebieskim niebem. Można było bez obaw wziąć głęboki oddech!




Tak jak wspomniałem w poprzednim wpisie, dobowe wahania temperatur są w tej chwili dosyć wysokie. Także można było spotkać zarówno ludzi ubranych w zimowe stroje biegowe, jak i w letnie. Widziałem na trasie nawet biegacza w swetrze!

Podobnie jak podczas listopadowego maratonu pekińskiego sporo było ludzi przebranych za superbohaterów i maskotki. Nowością dla mnie był widok około tuzina manekinów (sic!) „kibicujących” na jednym z zakrętów.

Rozmawiając o tym z Michałem (na zdjęciu powyżej), zwrócił mi uwagę że mogła to być instalacja artystyczna. Manekiny miały na sobie maski gazowe.
Nieopodal tego miejsca dostrzec można było most ze znanymi z lekcji fizyki równaniami. Podobno taki sam most jest w Phoenix (Arizona, USA).



Trasa przebiegała z placu Tiananmen do stadionu Xiannongtan, położonego obok Świątyni Nieba. Czyli w linii prostej około 5 kilometrów. Okrążając teren świątyni wychodzi około 10 kilometrów. Piszę „około”, bo zegarek pokazał mi 9,72 km. Wydaję mi się, że znak dziewiątego kilometra postawiono na trasie za wcześnie! :)



Profil trasy

Cały przebieg trasy mieści się w ścisłym centrum miasta otoczonym tzw. „drugim pierścieniem”. Oprócz wspomnianego placu, jest tam kilka ciekawych rzeczy do zobaczenia. Meishi znane z dokumentu, czy Qianmen.

Zaplecze sanitarne było identyczne do tego z maratonu, więc nie ma czego komentować. Kolejki jednak tym razem były zdecydowanie mniejsze.

Start 7:50 rano, przed strzałem do walki zagrzewała jakaś dziwnie znajomo brzmiąca marszowa pieśń. Podobno biegło około 20 tysięcy ludzi, ale na żadnym z odcinków nie było czuć ścisku czy tłoku.




Nie było podawanej wody na trasie. Zamiast tego na piątym kilometrze w moje dłonie trafił bardzo słodki izotonik, który czym prędzej wyplułem. Uczucie „zalepienia” jednak pozostało. Niedługo potem pojawiła się też kolka. Skupiłem się na głębokim oddechu i na szczęście znikła po jakimś kilometrze.

Plan pokonania bariery 40 minut został osiągnięty i zatrzymałem zegarek na 37:41. Tutaj więcej szczegółów

Do biegu zachęciłem dwóch polskich przyjaciół, poniżej zdjęcia sprzed startu (nikt nie jest fotogeniczny wstając o 6 rano ;)) i zza mety.

Przed startemZa metą
Dla Michała nie był to pierwszy tego typu bieg. Młody, zdolny i zaprawiony w bojach biegacz gościnnie odwiedzał pekińskie biuro. Między innymi jego rad słuchałem przed moim pierwszym maratonem. Więc jak tylko dowiedziałem się, że możliwa jest jeszcze rejestracja, od razu pomyślałem o nim. Dzięki Michał za komentarz i nadanie tempa!
Sebastian dość uporczywie, muszę przyznać, dopominał się o komentarz do tego wpisu.
 Prawie jak Mirosław Ferić dopraszał się kolegów o wpisy w dzienniku Dywizjonu, co z czasem, dzięki jego uporowi przyniosło całkiem niezły skutek. Cóż jednak ja mogę dodać przy bystrości umysłu, sprawności ciała i lekkości pióra autora tego bloga?

 O biegu dowiedziałem się wracając ze spaceru po Wielkim Murze, 3 godziny chodzenia po schodach spowodowały, że poczułem się znowu młody i sprawny, więc wiadomość od Sebastiana przyszła w idealnym momencie, a dodatkowo podjęcie decyzji o wzięciu udziału nie wymagało ode mnie żadnego wysiłku, bo Sebastian nawet załatwił za mnie rejestrację.

 Start dość wczesny: 7:50. W pobliże placu Tiananmen, miejsca startu, dojechaliśmy samochodem i po zmianie ubrań okazało się, że zostało nam 25 minut do startu. W ramach rozgrzewki pobiegliśmy w stronę zgromadzonego tłumu. Po drodze przeskakując jeden płot, przebiegając dwa tunele (z czego jeden zbędnie) i przeciskając się przez gromadę ludzi czekającą na starcie. Zdziwiło mnie to co zobaczyłem. Wyobrażałem sobie, że w takim biegu na 10 km udział może brać kilkaset osób... Wiadomo, że w Chinach wszystko jest większe, więc pomyślałem, że może będzie 2 tysiące uczestników. Ku mojemu zdziwieniu na starcie miało być 20 tysięcy osób — fakt, część z nich brała udział w biegu na 5 km lub w biegu rodzinnym na kilkaset metrów, ale i tak ta ilość ludzi zrobiła na mnie duże wrażenie.

 Start przebiegł sprawnie i szybko udało się nam wydostać z tłumu, biegnąc dalej we względnie luźnym otoczeniu. Nie wytrzymałem do końca narzuconego przez siebie tempa, chociaż tłumy widzów zgromadzonych wzdłuż trasy naprawdę umilały i ułatwiały bieg. Miałem wrażenie, że Chińczycy bardzo pozytywnie reagowali na nas: biegających obcokrajowców.
 Ogólnie: bardzo miły bieg i na pewno na długo pozostanie w mojej pamięci. Wniosek po biegu: muszę biegać regularnie, a nie tylko jak można się z kimś pościgać.
Dla Solo był to pierwszy taki bieg i podobnie jak z Michałem, wyszło to dosyć spontanicznie. W słuchawkach przez cały bieg słuchał książki (audiobooka), przyznam że zaintrygowało mnie to i muszę też spróbować. Gościnnie zgodził się dla mnie napisać komentarz, dzięki!:
Jako jeden z tej trójki, nieprzymuszony i absolutnie nie napastowany przez Sebę o napisanie czegoś, dorzucę swoje trzy zdania ;). Dowiedziałem się o biegu od Seby, przypadkiem, na dzień przed, kompletnie nie planując czegoś takiego. Od słowa do słowa się również zapisałem, mając nadzieję że nie będę tego żałował. Na szczęście okazało się wcale przyjemnym doświadczeniem.

Jest radość!
Ponieważ był to mój pierwszy bieg tego typu, ciężko coś powiedzieć o samej organizacji. Trasa otoczona barierkami, parę znaków i ogólnie jak nie wiesz gdzie biec to biegniesz za resztą (tutaj się wydało że nie byłem pierwszy oh). Na pewno świetny jest klimat, ta faza gdy kilka sekund przed startem ludzie się wiercą z niecierpliwością, klaszcząc i krzycząc - podnosi ciśnienie. Sam bieg również rewelacja, nogi same niosą gdy dookoła inni biegną a tłum obok krzyczy jiayou! jiaoyou! (tzn gazu gazu!). Ważne było aby biec swoim tempem, nie popędzać się przez to że inni Cię wyprzedzają (nie mówiąc o tym że Sebo i Michał wystrzelili do przodu jakby ich 19 tysięcy ludzi goniło, ledwo odpaliłem audio a z nich tylko kurz pozostał), ah, o tym Sebo może napisać lepiej niż ja.


Ogólnie, dobre wspomnienie, miło się człowiek czuje gdy na trasie widzi znajome twarze które dopingują, a na mecie kumple krzyczą dajesz dajesz :). Jak się uda to następnym razem też się zapiszę, wiedząc że nie padnę po drodze aby szukać płuc gdzieś parę kilometrów wcześniej.

Dzięki Sebo za organizację :)



Dzięki Hebe za zdjęcia! 谢谢!


11 komentarzy:

  1. A co to za znak koleżko tam przedstawiasz na drugiej od dołu fotografii w towarzystwie rudego młodzieńca? ;) Czy to znaczy, że jesteś rogaczem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak.
      Poważnie to jedyne pytanie które Ci przyszło do głowy po przeczytaniu tego tekstu?

      Usuń
    2. Rudego młodzieńca? Kogo masz na myśli?

      Usuń
    3. Tego, co na trzecim zdjęciu od dołu łaskoczą po kręgosłupie :)

      Usuń
    4. Mhm, w takim razie masz od tego "rudego młodzieńca" wpier**l po lekcjach.

      Usuń
    5. Brawo chłopaki! Wyczuwam tu dużą zażyłość :)

      Usuń
  2. Tak naprawdę to nie czytałem, tylko oglądałem obrazki :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda.
      za długi tekst? mało ciekawy temat? czy z jakiegoś innego powodu?

      Usuń
    2. http://sebiush.blogspot.com/2013/04/lijiang-wspomnienie-z-yunnanu-czesc.html

      Specjalnie dla Ciebie! mało tekstu... dużo „obrazków” :P

      Usuń