Strony

7 lut 2013

Półmaraton Xiamen 2013 — wspomnienie

Kończy się rok smoka, zaczyna rok węża (nazywanego 小龙 — młodszym smokiem), czas przed nowym rokiem to największa na świecie migracja ludności. Rzesze ludzi wracają do domów, by spędzić te najważniejsze w Chinach święta z rodziną.

Czuć ogólne rozluźnienie i wesołą atmosferę przypominającą okres przedświąteczny w Polsce. Najwyższy czas spisać wrażenia z półmaratonu jaki przebiegłem dokładnie miesiąc temu!
Zdecydowałem się biec w tym mieście, bo trasa jest po prostu wspaniała. Nadmorska sceneria, a do tego wiosenna pogoda (na początku stycznia!)


Morze w styczniu
Xiamen uważane jest za jedno z najbardziej romantycznych miast w Chinach. Nie wiem jakie metryki brane są pod uwagę przy tworzeniu tego typu rankingów, ale trudno się z tym nie zgodzić. Jest to jedno z tych miejsc, gdzie pary przyjeżdżają robić swoje ślubne sesje zdjęciowe.

Miasto uplasowało się także kiedyś na drugim miejscu pod względem komfortu życia. Wiadomo, bardziej wygodnie mieszka się w mniejszym mieście, a cały obszar miejski Xiamen zamieszkują niecałe 2 miliony mieszkańców. Czyli o wiele mniej niż w takich metropoliach jak Szanghaj czy Pekin, których obszary metropolitarne łącznie zamieszkuje więcej ludzi niż mieszka w Polsce.

W Xiamen nie ma metra (co w Chinach jest dosyć wyjątkową sytuacją, większość miast albo metro ma, albo jest w trakcie jego budowy), zamiast tego wprowadzono tu system szybkich autobusów poruszających się po specjalnych estakadach, albo wyznaczonych pasach ruchu. 



Po odwiedzeniu bez mała dwudziestu kilku chińskich miast trudno o zachwyt, bo jednak wszędzie przeważnie dominuje beton przez który trzeba przejechać docierając do tych charakterystycznych pięknych miejsc, o których piszą przewodniki. Miasto ma jednak swój urok, położone jest na dużej wyspie, otoczonej innymi mniejszymi. Piękne plaże, palmy. Wspomniane uliczne estakady obrośnięte są zielonymi krzewami, co daje całkiem przyjemny efekt. W wielu miejscach spotkałem licznych ogrodników zajmujących się kwiatami. Choć najprawdopodobniej były to tylko przygotowania do imprezy, a nie rutynowa pielęgnacja.
Przechadzając się z aparatem po mieście złapałem się na fotografowaniu kwiatków i czystego nieba (sic!), oto co mieszkanie w Pekinie czyni z człowiekiem...

Obawiałem się tego startu, bo weekend przed przyjazdem miałem mały wypadek na snowboardzie w północnych Chinach. Swoją drogą szusowanie na desce po ośnieżonych trasach jednej z największych chińskich miejscowości narciarskich w dawnej Mandżurii przy temperaturach sięgających -30°C także zasługuje na oddzielny wpis. Może innym razem. Miałem stłuczone żebra, przez co problemy z wzięciem głębszego oddechu i... śmianiem się. Do tego pobolewało mnie lewe kolano.



Pekin o świcie
Z mroźnego Pekinu wyleciałem bladym świtem 31. grudnia. Zaliczając po drodze międzylądowanie w Jiujiang.
Wychodząc z samolotu w Xiamen pierwsze moje wrażenie „jak tu ciepło!”, szybko zamieniłem na soczystą „motylą nogę” — dziewczyna beztrosko wymachująca przede mną swoim neseserem uderzyła mnie w kolano... lewe!




Jeść czy nie jeść...
Na miejscu, po zakwaterowaniu się w bardzo ciekawie położonym hostelu (uliczka, na której znajduje się wejście to niespełna półtorametrowa przestrzeń między budynkami starego miasta), wybrałem się na kosztowanie lokalnych przysmaków, bo była to pora obiadowa. Niestety nie znalazłem w tej okolicy żadnej restauracji, której ściana nie byłaby przyozdobiona niebieskim plakatem z wielką czerwoną literą C. No cóż... ryzykujesz, albo chodzisz głodny! 

Jedzenie okazało się bardzo dobre. Uznałem że mają tu wymagających kontrolerów, albo jest to swego rodzaju wymuszenie łapówki. Płać, albo dostajesz plakat. Wszyscy mają plakat, więc nikt się nie przejmuje. Mogę tylko snuć domysły. Jednak przez następne kilka dni zdecydowałem się nie kusić losu... i jeść w miejscach bez widocznego plakatu ;)



Po obiedzie udałem się do centrum sportowego żeby odebrać pakiet startowy. Ku mojemu zdziwieniu impreza ta mieniąca się międzynarodową, nie była w tym miejscu przygotowana w żaden sposób  na przyjęcie obcokrajowców. Drogowskazy jak i spora tablica z regulaminem były jednojęzyczne. Na plus natomiast zaliczyć mogę zainstalowany tam punkt ksero, coś czego w Pekinie nie zauważyłem. Miałem już przygotowaną kopię swojego paszportu, ale wielu ludzi korzystało tam z tego udogodnienia.

Przy odbiorze pakietu startowego, koleżanka obsługującej mnie Chinki zapytała jej:
— 法国人吧?(— to Francuz?)
Na co ta, trzymając kserokopię mojego paszportu (nie miała odwagi zapytać mnie o oryginał), odpowiedziała przytakując z dużą dozą pewności:

— 是啊, 法国人 (— tak, to Francuz)
Odbiór pakietów startowych
Rozbawiły mnie tym do łez, więc tylko podziękowałem i nie siliłem się na sprostowanie. Cóż, rozważam napisanie listu do polskiego MSZ żeby uwzględnili język chiński na paszporcie, może uda się zapobiec takim sytuacjom w przyszłości!

Pakiet startowy zawierał koszulkę chińskiej firmy Xtep, która była jednym ze sponsorów imprezy. Jest to jeden z większych graczy wśród chińskich marek sportowych (takich jak Li Ning, Anta czy 361), mało jeszcze znany poza Chinami.
 


Zwiedziłem jeszcze kilka miejsc w mieście i wieczorem wróciłem do hostelu. Był to Sylwester, ale położyłem się spać dosyć wcześnie. Uznałem dzień za wystarczająco długi.

 Tego roku świętowałem już Chiński Nowy Rok w lutym na wyspie Hajnan. Nadejście 5773. roku od stworzenia świata z zaprzyjaźnioną Izraelką mieszkającą w Pekinie. Oraz przesunięty na listopad (sic!) Nowy Rok, ale nie pamiętam już o co w tej pozytywnie zakręconej imprezie chodziło (może żeby zdążyć przed końcem świata? Pozdrowienia dla Gosi, Michała i Daniela!).
Po północy zbudził mnie wpadając do pokoju z okrzykiem na ustach poznany wcześniej Chińczyk (inżynier mechanik z Szanghaju podróżujący po południowych Chinach). Coś mu odburknąłem i wróciłem w objęcia Morfeusza. Chwilę później spoza pokoju dało się usłyszeć jego rozentuzjazmowane obwieszczenie „— Obcokrajowiec śpi!” i wtórującą mu salwę śmiechu. Dopiero nad ranem dotarło do mnie jak bardzo odbiegłem tej nocy od stereotypu laowai'a w Chinach.


Trawa jakby bardziej zielona
Bunkier
Przez następne cztery dni odwiedziłem większość atrakcji jakie oferują okolice. Z tymi najważniejszymi jak: mała wyspa Gulangyu, i tajwańska wyspa Kinmen, na którą jako szczęśliwy posiadacz paszportu Strefy Schengen mogłem wybrać się bez starania się o dodatkową wizę. Podróż promem w jedną stronę trwa około godziny.

Organizowane są tam też krótkie wycieczki dla Chińczyków, które polegają na tym, że można podpłynąć do wyspy i zrobić kilka zdjęć z daleka. Bez przybijania do samego brzegu. Mała wiejska wysepka, tak głęboko wciśnięta w obszar kontynentalnych Chin, a zarazem tak daleko od samego Tajwanu stanowi swoisty symbol jego oporu. Oprócz pasących się tam swobodnie krów można zobaczyć sporo umocnień i obiektów wojskowych. Stąd też pochodzi jeden z najbardziej znanych gaoliangów — mocnych alkoholi.



Tulou'y
Wybrałem się też na jednodniową typowo chińską wycieczkę autokarową (obowiązkowe postoje na zaprzyjaźnionym rynku z owocami, fabryce kawy i tkanin), żeby obejrzeć słynne owalne obronne budowle — domy Hakków, zwane tulou'ami dosłownie „ziemne domy”. Opowiada się tu historię o tym jak w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku na biurko amerykańskiego prezydenta Reagana trafił raport CIA, który mówił o „zaawansowanej chińskiej technologii nuklearnej”. Nowoczesne satelity szpiegowskie odkryły w tym rejonie setki silosów rakietowych. Niektóre z tych budynków liczą sobie około tysiąca lat, więc można tu mówić jedynie o „zaawansowanym” wieku.

Podróż autokarem trwała około trzech godzin (w jedną stronę), więc czas umilano tam filmami. Niewarte wspomnienia komedyjki. Niedługo przed wjazdem do Xiamen zaczęto projekcję chińskiej megaprodukcji przygotowanej specjalnie na obchody sześćdziesięciolecia ChRL. Występuje w niej ponad 200 chińskich gwiazd! Jeśli ktoś zainteresowany jest współczesną historią Chin, polecam! Przedstawia on obowiązującą w Chinach wersję wydarzeń tamtych czasów. Chińska kinematografia i to co tutaj trafia do kin, to materiał na dłuższy wpis. Z ostatniego Bonda, na szczęście, wycięto tylko kilka scen.


Tsingtao
Xtep
Sprzątanie miasta
Babcia z zabawkami
Początek trasy
Dzień przed biegiem wybrałem się w okolice startu. Rozstawiały się tam już stanowiska sponsorów. Między innymi Tsingtao — drugiego co do wielkości browaru Chin. Tak jak Guinness, najlepszy ma smak w Dublinie, piwo to najlepiej smakuje w samym Qingdao ;) Sylwetki biegaczy na sporej wielkości reklamie ułożone były z kapsli!


Na plaży blisko miejsca startu wypożyczyłem rower i przejechałem pół trasy półmaratonu stwierdzając, że oprócz dwóch łagodnych wzniesień jest dosyć płasko. Bardzo widokowa trasa, może jednak wystawiać biegaczy na silne działanie wiatru od morza.

Wracając do punktu skąd wziąłem rower zauważyłem spory oddział milicji z towarzyszącymi mu kilkoma małymi ciężarówkami, których przyczepy wyłożone były... rowerami!
Oczyszczali miasto z nielegalnego handlu. Po drodze zaczepili też starszą kobietę sprzedającą zabawki na plaży. Po jej lamentach i błaganiach zadowolili się kilkoma zabawkami i pozostawili ją w spokoju, pozwalając na spakowanie.



Gdy dojechałem do miejsca skąd wynająłem rower dojeżdżała tam już też ta wesoła brygada, więc z oddaniem go postanowiłem poczekać na rozwój sytuacji. Jednak tym razem skończyło się na zapewnieniach, że jutro tu tych rowerów nie będzie. Widocznie ten „przedsiębiorca” miał lepsze guanxi.

W hostelu poznałem nomen omen Francuza, który tak samo jak ja przyjechał do Xiamen żeby przebiec półmaraton.

Sobota, 5. stycznia 2013 — dzień startu.
W Chinach był to dzień pracujący, odrabiano wcześniejszy długi weekend.
Pobudka wcześnie, bo o 5:30. Dwa banany, kanapka z białego pieczywa, odrobina suszonego ananasa. Popijam zimną (sic!) wodą (cóż, zepsuty podgrzewacz!), po takim śniadaniu toalety niestety nie udało mi się odwiedzić. Co nowo poznany kolega skwitował mało optymistycznym: „— Wiesz, że będziesz miał problemy?”


Na miejsce przybywamy taksówką około godziny 7. Kolejki do toalet są już ogromne. W przeciwieństwie do Pekinu są koedukacyjne. Ustawiamy się do jednej z nich i tym razem z zadowoleniem mogę obwieścić zwycięstwo!

Łącznie we wszystkich konkurencjach startowało tego dnia ponad 70 tysięcy ludzi!!!

Na miejscu startowym poznajemy dwójkę Holendrów. Wypytują mnie o maraton w Pekinie, a mojego kompana o ten w Szanghaju. Polecają biegi w Wewnętrznej Mongolii i po Wielkim Murze. Jeden oznacza morderczy upał, a drugi niezliczoną ilość schodów. Jeszcze się nad tym zastanowię...
Trasa
Zbliża się 8:00 (godzina startu)... mija i... nic!
Ruszamy dopiero ok. 8:10, spacerkiem ze względu na tłum! Po drodze zagaduje mnie po angielsku Chińczyk z mikrofonem. Obaj z kolegą jesteśmy zdziwieni. Teraz?! Przecież za kilka metrów mamy minąć linię startu!
— Dlaczego zdecydowałeś się biec w Xiamen?
— Ciekawa trasa i alternatywny sposób na zwiedzanie miasta.
— Pierwszy raz w Chinach?
— Nie. Pracuje w Pekinie. (odpowiadam już po Chińsku)
Widać, że nie takiej odpowiedzi oczekiwał. Dziękuje mi i życzy powodzenia.


Kontynuujemy spacer do linii startu w gęstym tłumie. Mijamy ją ok. 8:18 i... nic! Dalej spacer! Mój kompan się denerwuje i próbuje wszystkich wyprzedzić, przedzieramy się wspólnie przez tłum i pierwsze kilometry pokonujemy w tempie wg mnie zbyt szybkim, ale ku mojemu zdziwieniu daję radę i nie czuję zmęczenia. Na ok. 6. km znów zator! Wąska droga. Tym razem nie ma wyjścia — trzeba maszerować!
Przyświeca słońce, odrobinę za ciepło. Czuję jak się ze mnie leje.

Na ok. 13. km zauważam wysportowaną parę. Wyglądają jak instruktorzy fitness: modne sportowe ubrania, iPhony zaczepione na ramionach, białe słuchawki w uszach, lekka opalenizna. Dziewczyna ma top z odsłoniętym brzuchem i widoczny tatuaż na dole pleców.
W kraju gdzie ideałem kobiecego piękna jest blady szkielet jest ona dosyć niecodziennym widokiem. Zapatruje się chwilę na ładne kształty i nie zauważam biegacza który chce mnie wyprzedzić z prawej strony, podcina mnie i zaliczam ślizg po asfalcie...
Ścieram sobie obie dłonie i pechowe... lewe kolano!

Jednak, paradoksalnie daje mi to niesamowitego kopa (zaraz po tym jak się podniosłem) — zastrzyk adrenaliny!
Od tej chwili do końca nie odpuszczam tempa. Francuz w tym momencie jakoś opada z sił i zostaje w tyle. Odwrócę się jeszcze dwa razy żeby krzyknąć mu coś motywującego. Jednak za drugim razem już go w tłumie nie widzę. Spotykamy się dopiero za linią mety. Mijam ją po 1:48:26.



Po biegu czeka nas długa podróż autobusem do hostelu. Nie ma sensu brać taksówki, bo korek w całym mieście jest niesamowity. Po drodze nie możemy się nadziwić że mijamy biegaczy, którzy sobie po prostu spacerują. Dziewczyny trzymają się za ręce i rozmawiają. Jak spacer po parku :)


Owoce morza!
Mapka
W hostelu ucinam sobie pogawędkę z właścicielką. Ma czteroletnią córkę i razem z mężem obcokrajowcem prowadzi ten interes. Wypytuję o dobry masaż stóp w okolicy.

Po wymeldowaniu Francuz pokazuje mi tajwańską uliczkę z przekąskami, której wcześniej nie widziałem. Owoce morza i jeszcze raz owoce morza!
Po obiedzie masaż stóp polecony przez właścicielkę hostelu. Półtoragodzinna usługa z obcinaniem paznokci i usuwaniem martwego naskórka za 22 juany (ok. 11 złotych). W Pekinie podobne usługi są co najmniej 4–5 razy droższe. Załączam mapkę sporządzoną przez właścicielkę hostelu.
Gwiazdki nakleiła jej córka, która wyszeptała mamie na ucho, że jestem bardzo przystojny. Zdarza się to tutaj dosyć często, bo  okrągłe oczy i duży nos to rzadki widok. Nie wspominając już o jasnych włosach, czy niebieskich oczach... Oczywiście chińska mama musiała córkę zawstydzić i mi to powtórzyć...

Do Pekinu dolatuję po północy... na drugi dzień do biura — niedziela jest dniem pracującym. Czeka mnie długi tydzień!

W następną sobotę (12. stycznia) podchodzę do egzaminu z języka chińskiego (HSK). Pekin zarejestruje też tego dnia rekordowe skażenie powietrza!

5 komentarzy:

  1. Jak patrzę na takie zdjęcia jedzonka, to nie mogę się doczekać!!! Zaśliniłam się strasznie :) Właśnie mam pytanie - czy polski żołądek szybko przystosowuje się do chińskiego jedzenia?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trudne pytanie! „Chińskie jedzenie” to tak samo jakbyś powiedziała „europejskie jedzenie”. Przyjedziesz to przetestujemy Twój żołądek! :)

      Usuń
  2. Jak to niedziela jest dniem pracującym? Ty też pracujesz w niedziele? A jakie dni masz wolne?

    Ja raz w życiu miałem okazję pić chiński alkohol i był to Maotai (Niemiec, który mnie tym poczęstował, wymawiał to a'la "mołtaj"). Sądziłem, że będzie to coś w stylu sake, niezbyt smaczne winko. A to nie dość, że mocne, to smakowało jak benzyna. Kilka lat później chciałem komuś o tym opowiedzieć, ale nie mogłem sobie przypomnieć nazwy. Wreszcie odnalazłem na angielskiej Wikipedii, gdzie było napisane, że "tastes like diesel fuel" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mają tutaj tak dużo urlopu jak u nas, więc większość świąt się sztucznie wydłuża pracując w poprzedzający albo następujący weekend (http://en.wikipedia.org/wiki/Public_holidays_in_the_People%27s_Republic_of_China).

      Taaa, specyficzny smak sorga (http://pl.wikipedia.org/wiki/Sorgo). Ja akurat lubię baijiu. Maotai to jedna z najlepszych marek. Popularna jako drogi prezent. Cena za butelkę może być czasem bardzo wysoka.
      Z tych tańszych popularna jest Erguotou (http://en.wikipedia.org/wiki/Erguotou).

      Usuń
    2. Pamiętam, że w podstawówce też się czasami "odpracowywało" jakieś dodatkowe dni wolne w soboty... co do zasady, wydaje się to bardzo podobne, tyle że dotyczy nie tylko szkół.

      Dzięki za wyjaśnienie odnośnie baijiu, nie miałem pojęcia, że Maotai to po prostu marka (i w dodatku ekskluzywna). Każdego dnia człowiek uczy się czegoś nowego :)

      Usuń