Strony

28 lut 2013

Nordkapp 2009

Przygotowując się do tegorocznego wyjazdu do Australii przypomniała mi się wyprawa samochodowa przez północną Skandynawię sprzed kilku lat. Oryginalna notka autorstwa starego dobrego przyjaciela Jarosława: tutaj


Pamięć już nie ta i daleko mi do jego zwięzłego, a za razem kwiecistego stylu, więc za pozwoleniem:


Stare przysłowie pszczół powiada, że lepiej późno, niż później. Ogarnąłem tysiące fotografii z wyprawy, zatem pora na relację...


Forsmark
Zgodnie z planem, do Nynashamn wypłynęliśmy w niedzielę, 31 maja. Zaraz po przypłynięciu do Szwecji ruszyliśmy na północ, z dwoma przystankami – pierwszym, aby obejrzeć elektrownię atomową w Forsmark (to tam najszybciej wykryto skażenie po awarii elektrowni w Czarnobylu) i drugim, nad bliżej nieokreślonym jeziorem, na nocleg. Mimo że rozbijaliśmy namiot w środku nocy, nie potrzebowaliśmy latarek – była biała noc, podczas której słońce tylko nieznacznie chowa się za horyzontem.


Środek nocy


Rovaniemi
Gdy następnego dnia, minąwszy granicę szwedzko – fińską wjechaliśmy do Rovaniemi, szukając informacji turystycznej, tam zaniepokoił nas fakt, że miasto wygląda jak wymarłe. Mimo słonecznego dnia, ulice straszyły pustką wziętą jakby z jakiegoś postapokaliptycznego krajobrazu. Dopiero rzut oka na zegar w centrum miasta spowodował, że zrozumieliśmy powód tego niecodziennego dla nas zjawiska – była noc! Noc, podczas której słońce nie zachodzi, zatem mieszkańcy miasta najzwyczajniej w świecie spali. Nie pozostawało nam nic innego, jak tylko pójść w ich ślady.

Koło podbiegunowe
Następnego dnia obowiązkowo odwiedziliśmy pocztę Świętego Mikołaja. Przekraczając koło podbiegunowe spotkaliśmy Kasię Adamczyk, uczestniczkę Wielkiego Wyścigu organizowanego przez radiową „Trójkę”. Kasia szczegółowo wypytała nas o drogę i ruszyła na południe, do Polski. Jak się potem okazało, zajęła drugie miejsce – wiadomo, dzięki komu.



z Kasią Adamczyk
Urho Kekkonens
Na kolejny nocleg, po Rovaniemi, wybraliśmy jedną z chatek przygotowanych specjalnie dla turystów przez władze parku narodowego Urho Kekkonens. Po parku narodowym nie można jeździć samochodem; zatem wśród chatek znaleźliśmy taką, która znajdowała się najbliżej parkingu. Parking ten położony był głęboko w lesie, a prowadziła do niego kilkudziesięciokilometrowa, szutrowa droga. 

Szutrowa droga

Koza
Na miejsce dotarliśmy późną "nocą", gdy okazało się że na parkingu stoi już kilka pojazdów, w tym Mercedes klasy C (jak widać, Finom off-road nie straszny). Po przejściu czternastu kilometrów w kilkustopniowym mrozie, mogliśmy odpocząć przy rozpalonej „kozie” korzystając z przygotowanego przez naszych poprzedników drewna i upichcić posiłek na pełnowymiarowej kuchni gazowej. Mówiąc krótko, chatka, mimo że otwarta, była w pełni wyposażona.






Bagno
 Kolejnego dnia, opuściwszy przytulny nocleg, skierowaliśmy się najkrótszą – według GPS – szutrową drogą w kierunku cywilizacji. Forsując koleiny, omijając ukryte w trawie pnie (czego nawet mistrz świata WRC nie potrafi) a nawet pokonując bagno, miało się wkrótce okazać, że gruntowa droga, którą jedziemy od wielu godzin, kończy się zwalonym mostem w rwącej rzece, o czym już GPS zapomniał. 




Nie było rady – musieliśmy wracać i nadkładając mnóstwo drogi jechać tak, jak tam przyjechaliśmy. A gdy dotarliśmy w końcu do asfaltowej „trasy arktycznej” - długiej, pustej, pagórkowatej i pełnej czyhających na samochody reniferów – postanowiliśmy że musimy dziś osiągnąć Nordkapp. 


I tak też się stało. Przylądek Północny powitał nas śniegiem, skalistym, fiordowym nabrzeżem, kompletnym brakiem wysokiej roślinności (tundra w czystej postaci) i uśmiechniętym panem za szlabanem, żądającym od nas słonej opłaty za wjazd na wyspę Mageroya, gdzie znajduje się Przylądek. 

U samego celu naszej podróży, do którego prowadziła równa, asfaltowa szosa, mieliśmy więcej szczęścia – nikt nie wymagał od nas opłat za parking na samym przylądku, ponieważ przyjechaliśmy tam o godzinie drugiej w „nocy” - podczas gdy opłaty pobiera się do godziny pierwszej. Nordkapp został zdobyty.


Namiot rozbiliśmy w dolinie, która pospołu z samochodem chroniła nas trochę od zacinającego, zimnego wiatru. Niestety, nie uchroniła nas od śniegu, który spadł aby następnie stopnieć nad ranem, gdy słońce wspięło się wyżej na nieboskłonie. 




Tego dnia zaplanowaliśmy dziewięciokilometrowy marsz na przylądek Knivskjellodden – najdalej wysunięty na północ punkt Europy. Na miejsce dotarliśmy po kilku godzinach marszu ledwo widoczną ścieżką po skalistym i górzystym terenie. Na samym zaś przylądku, oprócz symbolicznego postumentu, w stalowej skrzynce znaleźliśmy zeszyt z wpisami podróżników z całego świata; był to jednocześnie najdalej na północ wysunięty zeszyt w Europie! Oczywiście zostawiliśmy w nim także swoje ślady.




Niestety, podczas powrotnego marszu dosięgło nas załamanie pogody i wszystkie możliwe opady, jakie znają synoptycy. Po wielogodzinnym marszu w niesprzyjającym terenie, przemoczeni i wyczerpani dotarliśmy na parking, gdzie zostawiliśmy samochód. Mimo późnej godziny zdecydowaliśmy się jednak wyruszyć na zachód, do kolejnego punktu naszej wyprawy – miasta Alta. 



Po noclegu nad brzegiem fiordu obejrzeliśmy słynne na cały świat rysunki naskalne, na których – nie wiedzieć dlaczego – motywem przewodnim był renifer - i o godzinie 15 wyruszyliśmy w podróż na zachodni brzeg Półwyspu Skandynawskiego, na archipelag Lofoty. Przez wiele godzin krętymi drogami omijaliśmy fiordy, przejeżdżaliśmy przez osady w których domy często wyposażone były w klimatyzatory (podczas gdy temperatura w środku lata rzadko przekraczała +10 stopni), ale nigdzie nie napotkaliśmy otwartej stacji benzynowej – wszak była „noc”. 

U celu naszej podróży, w mieście Svolvaer, zwanym „stolicą Lofotów” znaleźliśmy się o wpół do szóstej rano, z całkowicie pustym bakiem; jeszcze chwila, a czekałby nas marsz.

O archipelagu Lofotów raczej opowiadać się nie da; zachwyca on swoim urokiem i tak naprawdę trzeba tam być, aby móc napawać się naturalnym pięknem tych terenów.  





Seledynowa woda oceanu i tradycyjne, norweskie domki stojące na wybrzeżu. I dziesiątki zamieszkałych wysepek połączonych ze sobą mostami. A na wysepkach, mimo przejmującego chłodu, dzieciaki w krótkich spodenkach i t-shirtach na deskorolkach i rowerach – wszak jest lato!



Po powrocie z Lofotów, ostatni dzień naszej wizyty w Skandynawii przeznaczyliśmy na odwiedzenie starego miasta – czyli Gamla Stan – w Sztokhomie. 


Sztokholmska starówka
Zakończywszy tym optymistycznym akcentem, dziesiątego czerwca na pokładzie promu wróciliśmy do Gdańska.

Więcej zdjęć dostępnych tutaj.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz