Strony

28 sty 2013

Maraton Pekin 2012 — wspomnienia

Od maratonu pekińskiego minęły ponad dwa miesiące, jednak organizatorzy do tej pory nie opublikowali listy wyników. Na oficjalnej stronie w dalszym ciągu wisi lista z biegu 2011.

Skoro im się nie śpieszy to i ja mogę opisać swoje wrażenia z drobnym opóźnieniem...

Przed i po kontroli
Opóźnienie to słowo klucz w przypadku tej imprezy. Przeważnie odbywa się ona w październiku, jednak z powodu XVIII kongresu KPCh (ochrzczonego Spartą przez społeczność internetową, ze względu na cenzurę Internetu w Chinach) edycja 2012 opóźniła się aż do późnego listopada.

Kongres decydował o przyszłości Chin, a nie przesadzając i całego współczesnego świata na najbliższe 5–10 lat, więc nikt nie zdecydował się na zakłócenie go tak dekadencką imprezą. Były to dziwne czasy, kiedy to w pekińskich sklepach ciężko było o kupno noża, samolociku czy balona.

Taksówkarzom na wszelki wypadek czasowo nakazano uniemożliwienie otwierania okien przez pasażerów i przejazd trasami o niższym znaczeniu politycznym. Bywalcy stołecznego zagłębia barowo-klubowego z kolei, mogli zauważyć zmniejszoną aktywność (w zasadzie jej zanik) dżentelmenów z zaprzyjaźnionych krajów afrykańskich, którzy zwykli spacerować w tych okolicach zatroskani losami napotykanych tam ludzi. Troska ta przejawia się zwyczajowo w pytaniach o to jak się czujesz i czy czegoś ci potrzeba.


Termin (25. listopada) ogłoszono pierwszego dnia kongresu, 8. listopada czyli na... 17 dni przed startem!
Trasa maratonu nie należy do jakichś specjalnie widokowych. Zaplanowana jest raczej w myśl (przypisywanej Hipokratesowi) idei „po pierwsze nie szkodzić” i tak już jednemu z najbardziej zakorkowanych miast świata (wg. tego rankingu na drugim miejscu zaraz za brazylijskim São Paulo). Utrzymywana jest ona więc pomiędzy głównymi arteriami miasta jakimi są jego obwodnice. Podobnie rzecz ma się z limitem czasu ustanowionym dla pełnego biegu maratońskiego. Wynosi on tu 5 godzin, oficjalnie dla podniesienia rangi wydarzenia.

Przebieg trasy
Trasa zaczyna się od jednego z największych placów na świecie (powierzchni porównywalnej do dwóch Placów Defilad w Warszawie). Mogącego podobno pomieścić pierdyliard ludzi, niesławnego placu Niebiańskiego Spokoju. Wspomnianego między innymi w, oficjalnie zakazanym w Chinach, odcinku The Simpson's. U szczytu północnej części placu stoi Brama Niebiańskiego Spokoju zwieńczona portretem kolesia którego twarz widnieje na każdym chińskim banknocie powyżej jednego juana.

Brama stanowi wejście do Zakazanego Miasta, dawnej siedziby cesarzy, dziś ogólnie dostępnego dla zwiedzających. Gdzieś tam w południowej części placu stoi mauzoleum tego samego kolesia znanego z banknotów, pozowania do zdjęć z uśmiechniętymi dziećmi i mordowania.


W okolicach południowo-wschodniej części kompleksu parkowo-pałacowego Pałacu Letniego przez około kilometr przebiega równolegle do czwartej obwodnicy i na niecały kilometr nieśmiało wdziera się na piątą obwodnicę w okolicach Parku Olimpijskiego. By w okolicach 35. kilometra wystawić psychikę biegaczy na nie lada wyzwanie... ale o tym za moment. Metę umieszczono kilkaset metrów przed Ptasim Gniazdem.


W rejestracji pomogła mi znajoma Chinka, przy okazji dowiedziałem się o braku wiedzy tej nacji w temacie grup krwi, ale o tym kiedy indziej... Koszty dla obcokrajowca ($80, czyli równowartość ok. 500 CNY) odpowiednio wyższe niż dla szczęśliwego posiadacza obywatelstwa Państwa Środka (120 CNY). Możliwości rejestracji obywateli Kraju Kwitnącej Wiśni nie uwzględniono. Powodów doszukiwać się można w sporze o kupkę kamieni gdzieś na morzu Wschodniochińskim. 

Jedna z japońskich restauracji
Z tego samego powodu w okresie tym ciężko było zjeść sushi czy napić się sake w Pekinie... Sprawa rejestracji urosła do rangi międzynarodowego skandalu, którego wg. oficjalnego chińskiego stanowiska nigdy nie było.

Wyprzedzając ewentualne pytania o konieczność pomocy przy rejestracji, nie chodziło tu o jakąkolwiek z tym trudność. Poprosiłem o monitorowanie chińskich źródeł informacji na temat otwarcia rejestracji.

Angielskojęzyczne strony reagują zwykle z pewnym opóźnieniem. Wiadomość o jej otwarciu zastała mnie w restauracji jedzącego kolację. Obawiałem się szybkiego wyczerpania puli dostępnych miejsc. Cała impreza (maraton, półmaraton i mini-maraton) to 30 tysięcy miejsc, z czego 12 tysięcy to królewski dystans. Dostępna pula wyczerpała się w ciągu 2–3 dni.
Jak już wspomniałem informacja dosięgła mnie podczas kolacji. Dopiłem ostatnie piwo, bo z jednego w dobrym towarzystwie łatwo robi się piętnaście. Postanowiłem do czasu biegu nie ryzykować. Wróciłem do domu wcześniej i zacząłem przestawiać zegar biologiczny na poranną pobudkę. 

Wertując przedbiegowe porady, wyczytałem że śniadanie trzeba zjeść na około 3 godziny przed biegiem i obowiązkowo odwiedzić toaletę! Szybko obliczyłem (lata nauki matematyki nie poszły w las), że oznacza to wpychanie w siebie jedzenia o 5 nad ranem!!!


Natrafiłem też na innego typu porady: nie zakładać nowych skarpet, sutki zakleić plastrami, jakieś żele do jedzenia oraz smarowanie pachwin i pośladków wazeliną. Wszystko to brzmi bardzo rozsądnie, ale... postanowiłem sprawdzić ile z tych wszystkich prawd tyczy się mnie. Także oprócz skarpet (miałem je na sobie wcześniej dwa razy, łącznie około 20 kilometrów, a potem nawet uprałem) — nie zastosowałem się do żadnej z tych porad. Na krótko przed biegiem rozmawiałem też z dobrym przyjacielem, który polecił mi poćwiczyć picie w biegu z plastikowego kubeczka. Metodą prób i błędów wypracowałem własną technikę, ale już podczas samego biegu.
 
Oznakowanie
W weekend przed startem dostałem wiadomość, że dostępny jest na stronie dokument umożliwiający odbiór pakietu startowego. Wydrukowałem, przygotowałem kopię paszportu i wybrałem się pod wskazane miejsce pierwszego możliwego dnia. Organizacja jak na chińskie standardy dobra. Były dwujęzyczne znaki wskazujące gdzie się udać i ze znalezieniem miejsca nie było problemu. Sam obiekt znajduje się bardzo blisko stacji metra. Po drodze od metra do punktu odbioru poznałem młodego Chińczyka i razem kierowaliśmy się znakami. Uczeń ogólniaka zapisał się na bieg, żeby dostać dodatkowe punkty, potrzebne w drodze na wymarzony uniwersytet (to podobno wtedy w ciągu całego życia Chińczycy w końcu odpoczywają).
 
Mierzenie koszulek
Na miejscu przygotowano stanowisko do mierzenia koszulek, żeby nie robić zatoru przy samym ich odbiorze. Mimo tego kolejka do odbioru była bardzo długa (jak na chińskie warunki — może niekoniecznie). Przeraziłem się trochę, w końcu „wyskoczyłem na chwilę” korzystając z przerwy obiadowej. Jednak zbliżając się do samego punktu odbioru okazało się, że ta długa kolejka jest dla uczestników pół i mini maratonu. Moje stanowisko było praktycznie puste. Ucieszyłem się z tego powodu, lecz patrząc na nowo poznanego towarzysza w tej samej chwili zrozumiałem że on postoi w tej dłuższej. Pożyczyliśmy sobie powodzenia i rozeszliśmy się.

Po lewej bez kolejki
Tydzień przed startem postanowiłem już nie biegać tylko odpoczywać i zadbać o dobre wysypianie się. Wyczytałem gdzieś, że noc przed samym pierwszym startem można spisać na straty (ekscytacja, strach przed nieznanym, problemy z zaśnięciem)  i ważne jest żeby wyspać się wcześniej „na zapas”. Jak na złość, akurat wtedy większość znajomych przypomniała sobie o mnie i sprawdzała siłę mojej woli. Nie dałem się jednak namówić na żadną późną kolację i chodziłem spać z kurami. 

Okazało się jednak, że samą noc przed startem przespałem bez żadnych problemów. Tradycyjną makaronową kolację zjadłem około 19 i położyłem się około 22. Budzę się tylko na chwilę w środku nocy, według jednej z porad oznacza to że byłem dobrze nawodniony. Wstałem o 5:30, po pierwszym dźwięku budzika. Zjadłem jogurt, jakieś banany i popiłem mocną kawą... Wcześniej obawiałem się, że nie uda mi się o tak nieludzkiej porze odwiedzić toalety, ale tego dnia nie myślałem już o tym problemie. Przeciwnie, pytałem sam siebie „chłopie?! ile można?!”, widocznie nerwy dały o sobie znać w ten sposób...

Na miejsce dojechałem taksówką, o tej porze nie było problemów z ruchem, ani ze znalezieniem wolnego kierowcy chętnego na kurs. Co przeważnie jest nie do pomyślenia (zwłaszcza jak spadnie deszcz!), ale o tym może innym razem. W tym czasie do najbliżej stacji metra miałem około dwóch kilometrów. Miesiąc później otworzono nową linię i dystans ten zmniejszył się do kilkuset metrów. Kolega z pracy mieszkający w tej okolicy wspomniał mi ostatnio, że niedługo po otwarciu metra zadzwonił do niego właściciel mieszkania i podniósł mu czynsz o 10%. Moje (w ramach negocjacji niższej ceny) opłacam za pół roku z góry, więc ta rozmowa najprawdopodobniej dopiero mnie czeka...

Po wyjściu z taksówki spytałem o drogę jednego z żołnierzy (sporo ich porozstawianych w tej okolicy), który skierował mnie we właściwym kierunku. Po kilkunastu metrach widać już było grupki ludzi z torbami biegowymi dostarczonymi w pakiecie. Podążyłem za tłumem. Już po chwili stałem w całkiem sporym zbiorowisku ludzi (zwłaszcza zważywszy na wczesną godzinę) przed przejściem dla pieszych zablokowanym przez żołnierzy. Ludzie się niecierpliwią, robi się nas coraz więcej. Zaczyna się robić odrobinę późno, zastanawiam się czy to aby właściwe miejsce. Rozglądam się po tłumie, większość to starsi ludzie albo dzieci, ale pocieszam się że są też pojedyncze osoby z torbami biegowymi. Nagle pojawia się jakiś starszy krzyczący żołnierz. Osoby, w których rozpoznałem potencjalnych biegaczy wycofują się. To nie tutaj! To wejście na plac dla kibiców! 


Znów podążam za tłumem. Tym razem do podziemnego tunelu pod ulicą, zastawionego barierkami strzeżonymi przez młodych żołnierzy. Stoję w pierwszej linii przed barierkami, żołnierze wydają się być trochę przestraszeni sytuacją, nacierającego na nich tłumu. Ale stoją twardo i nikogo nie chcą przepuścić, znów chwila wahania czy to aby tutaj. Planowy czas otwarcia dla biegaczy minął już kilkanaście minut temu. Znów rozglądam się po tłumie, ale tym razem widzę już samych biegaczy. Większość ma już na sobie widoczne numery startowe. Przez tłum przebija się do barierek grupa ludzi w czapeczkach bejsbolowych, znów jakiś krzyczący żołnierz i przepuszczają tę grupkę przez barierki. Znikąd w masie Chińczyków obok mnie pojawia się cudzoziemiec, wymieniamy znaczące spojrzenia i komentarze na temat organizacji. Jeszcze kilka minut i nas też przepuszczają. Zaczyna świtać, słońce wstaje kilkanaście minut po 7.


Na placu wypytuje o ciepłą wodę, bo jestem zmarznięty. Torba startowa, w której można zostawić rzeczy do przechowania nie jest duża, więc nie zabrałem ze sobą zbyt wielu ubrań. Dzień wcześniej poprosiłem dobrą polską duszę — Solo, żeby po biegu przyniósł mi jakąś bluzę. Wolontariusze (zagadka grupy w bejsbolówkach rozwiązana) kierują mnie do punktu z wodą. Jest jednak tylko zimna butelkowana. Mam ze sobą butelkę wody, która jest odrobinę cieplejsza więc spasuje.


Kieruję się do toalety, w środku jakby cieplej. Spędzam tam dłuższą chwilę odpowiadając na pytania skąd jestem, co robię, czy mam Chińską dziewczynę i ile zarabiam... standard.

Mobilne szatnie
Stamtąd kroki swe kieruję w okolice linii startu. Stoją tam już rozstawione ciężarówki, które mają przewieźć przechowywane torby na koniec trasy. Torby znakuje się małą karteczką z numerem startowym. Zauważam że pojedyncze osoby oddają do przechowania zwykłe plecaki z przyczepioną tą karteczką. Czemu ja o tym nie pomyślałem?!
Do odjazdu ciężarówek jest jeszcze trochę czasu, więc nie spieszę się ze zdejmowaniem z siebie ubrań. Przeprowadzam krótką rozgrzewkę i przechadzam się obserwując galerię indywiduów jakie taka impreza przyciąga. Sporo grup z wielkimi proporcami, flagami, jakieś loga firmowe czy innych organizacji. Ludzie robią sobie pamiątkowe zdjęcia.
 

Tym razem po prawej bez kolejki
Kolejki do toalet robią się coraz większe, jak na złość przeciwnie do ogólnoprzyjętych norm oblegane są toalety męskie! Postanawiam się ustawić do jednej z nich. Kolejka to dobre kilkanaście minut wyczekiwania. Będąc prawie u celu, zauważam że jeden z towarzyszy z dalszej części kolejki nie wytrzymuje i wdziera się do damskiej, w której nie ma kolejki, narażając się na krzyk wolontariuszki pilnującej porządku. Jednak na reakcje tłumu nie trzeba czekać długo, pojawiają się następni śmiałkowie i wolontariuszki kapitulują. Jedna z nich głośno ogłasza, że od tej chwili toalety są koedukacyjne! Ja jestem już w środku. Raz jeszcze chwalę swoją przenikliwość i zdolności organizacyjne (tak, mam ze sobą własny papier!) i przeklinam panującą tam gęstą atmosferę... Wstrzymanie powietrza, gimnastyczny przysiad i szybka ewakuacja.

Zdejmuje z siebie ciepłe ubrania i przywdziewam folię, która była częścią pakietu. Oddaje torbę do przechowalni i truchtam po okolicy, co jakiś czas biorąc łyk wody. Zimno! Do startu jeszcze jakieś pół godziny! Pojedyncze osoby spożywają żele, jest też sporo amatorów snickersów.
 

Mija kilka minut i ludzie zaczynają się ustawiać. Na podwyższeniu nad tłumem dwójka sportowo ubranych ludzi (chłopak i dziewczyna) prowadzą rozgrzewkę przy głośnym „disco chino” (takie disco polo po Chińsku, nie wiem jak inaczej to nazwać). Jedna z piosenek zaczyna się dziwnie znajomo. Kilka sekund i dociera do mnie, że to koreański hit eksportowy! Jeszcze kilka taktów i wokół mnie ludzie zaczynają ujeżdżać wyimaginowane konie.

Zbliża się start, ludzie zaczynają zdejmować dodatkowe ubrania. Rzucają butelki z wodą, na ziemi robi się gęsto. Zdejmuję foliowe wdzianko. 


Sporo ludzi biegło w tych foliach przez dobre klika kilometrów. Widziałem nawet jednego osobnika na dwudziestym którymś kilometrze!
Nawodniony jestem zdecydowanie dobrze, odzywa się natura, ale w tym momencie nie mam już jak się cofnąć. Będę musiał szukać szczęścia na trasie.



Pekińska „mgła”
Dzień jest dosyć chłodny, czyli będzie się dobrze biegło bez problemów z przegrzewaniem. Do tego pekińska „mgła”, więc słońce też nie będzie doskwierać.

8:30... start... sporo ludzi szybko wyrywa do przodu, będę ich mijał później. Jest dosyć luźno, spodziewałem się większego ścisku. Nie czuje specjalnie żadnej euforii, po prostu biegnę powoli założonym tempem. Czuje że jest trochę zbyt wolne, ale musi mi starczyć sił na dystans którego jeszcze nie znam, więc się go trzymam. 

Jestem w stanie podziwiać scenerię i czytać smsy. Dowiaduję się, że kilku znajomych było na placu, ale nikomu nie udało się mnie dostrzec w tym tłumie. Parę osób jedzie spróbować złapać mnie gdzieś indziej.
Wypatruje toalet, ale chyba jeszcze na to za wcześnie. Wszędzie dużo ludzi po bokach trasy, więc nie chcę ryzykować „pamiątkowego zdjęcia”. Nie ten wiek, nie ta impreza ;)

Nagle po prawej stronie trasy pojawia się długi czerwony mur, ściana obstawiona jest już równo. To jest moja szansa! Do tego niezapomniane wrażenia z podlania siedziby najwyższych władz ChRL przy obstawie kordonów wojska i milicji. Polecam!


Około godziny 9 wysyłam wiadomość do znajomych, którzy zapowiedzieli się z kibicowaniem, że według mnie dopiero po dwudziestym kilometrze jest sens żeby się gdzieś ustawiali. Piętnaście minut później dodaje, że trzymam się prawej strony i mijam właśnie siódmy kilometr.

Około dziesiątego kilometra kibicował mi mój menadżer, ale nie udało nam się zobaczyć. Tłum był jeszcze dosyć gęsty, droga szeroka, a ludzie ustawieni po dwóch jej stronach. Po drodze, w okolicach przecięcia z trzecią obwodnicą, widać po lewej stronie trasy najwyższą budowlę w Pekinie — wieżę radiowo-telewizyjną.
Kibice!
Jakiś czas później dostaję wiadomość od moich wiernych kibiców, że ustawili się gdzieś na 21. kilometrze. Nie jestem pewny czego wypatrywać, więc skupiam się na filtrowaniu szarego tłumu. Czeka mnie miła niespodzianka. Zauważam dużą biało-czerwoną flagę! Endorfiny dają o sobie znać!
Ekipa jest międzynarodowa. Jest Polak (wspomniany wcześniej Solo), Włoszka i dwie Chinki.
Dziękuję! Grazie! 谢谢!
Trzymają dużą polską flagę i polskie proporczyki. Robi mi się bardzo przyjemnie, co nawet widać na zdjęciu, które mi tam strzelają. Następny kilometr według endomondo jest moim najszybszym w całym tym biegu, powinienem bardziej nad sobą panować! :)


Radość promienieje
cyk!
Bardzo chciała wesprzeć mnie dopingiem w tym zmaganiu koleżanka z biura. Zmartwiła ją jednak wczesna pora startu, wszak to niedzielny poranek. Zaproponowałem żeby ustawiła się gdzieś po 30. kilometrze, gdzie przybędę około 11:30, więc można do tego czasu spokojnie się wyspać i najprawdopodobniej czeka mnie tam zmaganie z mityczną „ścianą” także każdy rodzaj wsparcia się przyda. 

 Zauważyłem ją na 33. kilometrze, krzyknąłem jej imię mijając ją nie zmieniając w żaden sposób tempa. Rozpromieniła się uśmiechem i próbowała biec równo ze mną, w tym samym czasie usiłując ustrzelić mi fotkę swoim iPhonem. Usłyszałem więc:
„— ale szybko biegniesz”, a za chwilę
„— zatrzymaj się, nie mogę zrobić zdjęcia!”
Cóż począć?... zatrzymałem się!


Okolice wspomnianego już 35. kilometra... wyzwanie dla psychiki jakim jest widok finiszujących, oddzielonych jedynie prowizorycznym ogrodzeniem, mając przed sobą ostatnie ponad 7 kilometrów biegu... Ręce mi się spociły pisząc ten fragment...
Od tego momentu każde chińskie „加油!” trafia do mnie. Ciężko to opisać, ale każde wsparcie bardzo w tym momencie pomaga. Nie przesadzając „spijam z ust” kibiców każde miłe słowo.
Czuję że brzuch mi trochę wydęło, a nogi od kolan w dół zaczynają się robić z kamienia.


Ostatnia pętla po parku to coś nie do opisania! Ludzie zwalniają, zatrzymują się. Wszyscy kibice stłoczeni są przy mecie, więc na tej pętli nie ma już żadnego dopingu. Pojedynczy wolontariusze i pilnujący porządku strażnicy. Próbuję jednak cieszyć się chwilą. Park jest idealny do biegania, nawierzchnia w świetnym stanie, poranna mgła już praktycznie nie zauważalna. Piękny jesienny dzień. Każda próba przyspieszenia to spory ból! Nie ryzykuje, staram się utrzymać tempo!

Kończy się ten morderczy park... ktoś krzyczy że to ostatni kilometr, jednak jestem świadomy że są jeszcze dwa z kawałkiem.
Zaczyna się tłum i słychać doping. Przybijam piątkę paru wystawionym dłoniom i lekko przyspieszam. O dziwo w tym momencie nie czuć już bólu! 


Flaga
Ostatnie kilkaset metrów, widać już metę! Po prawej stronie dostrzegam znajomą polską flagę! Podbiegam do moich wspaniałych kibiców, wydaje mi się że dla takich chwil biega się maratony, emocje sięgają zenitu. Ostatnie 400 metrów biegnę sprintem!


Ostatnie 400 metrów
Meta! Słychać piknięcie, zatrzymuje zegarek: 4:10:39 (oficjalnie zmierzony czas jest o 4 sekundy gorszy, endomondo zatrzymałem chwilę później... jak sobie o nim przypomniałem).
Pierwsza myśl: chcę jeszcze!
Chwilę później: ból przy zwykłym chodzeniu, a po kilku minutach przeraźliwe zimno!
Znajomi zabierają mnie na huoguo, trudno o lepszy pomysł na rozgrzanie! :)


Okazuje się (w moim przypadku) że nie miałem żadnych problemów z krwawiącymi sutkami, jak im się dobrze przyjrzałem to może jakieś małe strupki ale nic doskwierającego czy nieprzyjemnego. Obtarłem natomiast pachwiny i ból ten towarzyszył mi przez dwa następne dni. Sprawa mocno indywidualna, ale też dało się z tym żyć, odrobinę problematyczne było jedynie branie prysznica, a dokładnie próba mydlenia tych okolic. Skarpetki — takie ładne nie wystające z buta — okazały się jednak zbyt mało wybiegane. Zsunęły się lekko w trakcie biegu odsłaniając achillesy i buty z dosyć sztywnym wykończeniem tyłu obrazowo mówiąc „ścierały rzepkę” przez dobre kilka kilometrów (szczerze nie mam pojęcia w którym momencie się to stało). Ból poczułem dopiero jakieś kilkanaście minut po biegu. Trochę krwi, nic z czym zwykły plaster by sobie nie poradził. Po tygodniu mogłem znów biegać w tych samych butach i skarpetkach (wypranych, nawet krew zeszła).

Co do żeli, to zastosowałem się tu do innej porady: nie eksperymentować! Nigdy wcześniej czegoś takiego nie jadłem i nie robiłem też odpowiednio długich wybiegań weekendowych żeby poeksperymentować jak mój organizm na to reaguje. Jednak najprawdopodobniej tej dodatkowej dawki węglowodanów zabrakło na ostatnich dziesięciu kilometrach. 


Zimno!
Dzięki znanej użytkownikom smartphone'ów w Chinach aplikacji (ciekawie pisze o niej wspomniany wcześniej Solo) można porozmawiać z (nie)znanymi osobami. Tak też było w tym przypadku.
Za metą...
Chinka znalazła mnie jakiś czas wcześniej. Rozmawialiśmy od czasu do czasu. Ja żeby poćwiczyć Chiński, ona — z nieznanych mi powodów. Piątek przed zawodami zaproponowała, żeby spotkać się w końcu na kawie. Odpowiedziałem, że nie tym razem, bo w niedzielę biegnę maraton itd. Nie było standardowego „wow! jakiś ty silny i męski!” (Chińczycy lubują się w tego typu komplementach), zapytała tylko o numer startowy...

Po biegu dowiedziałem się w jakim celu. Przesłała mi całą galerię zdjęć mnie w okolicach finiszu i za linią mety. Gdzie nota bene nie wpuszczali „zwykłych” ludzi. Znajomi mogli się zatrzymać maksymalnie kilkaset metrów przed linią mety.
谢谢!
Pamiątkowy dyplom

10 komentarzy:

  1. Gratulacje! Ja w półmaratonie miałem problemy z sutkami i w tym roku zamierzam je sobie zakleić - nie wiedziałem, że ten problem dotyka też innych.

    Świetnie się czytało o chińskim kolorycie, więc czekam na więcej takich wpisów. Tym bardziej, że wlewają sporo otuchy w serce - u nas biegi idą jednak przez środek miasta i nie bierze w nim udziału ani wojsko ani nawet policja.

    Zdziwiło mnie też, że były osobne toalety dla kobiet. U nas nie ma podziału - wszystkie toalety są koedukacyjne, bo kobiet biega znacznie mniej.

    Poza tym fioletowa kolorystyka była zadziwiająco podobna do kolorystyki Euro 2012. Moje pierwsze skojarzenie, po zobaczeniu zdjęć drogowskazów, to strefy kibica w trakcie Euro.

    Jedna rzecz mnie zaciekawiła - czy ja dobrze zrozumiałem, że start był wspólny, a nie w strefach?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za gratulacje i zainteresowanie!

      Może to być też kwestia koszulki, raz mi się zdarzyło że bardziej sobie obtarłem na jednym dłuższym treningu, a miałem na sobie t-shirta z dosyć twardej bawełny.

      Przebiegłem jeszcze półmaraton na początku tego roku na południu Chin, postaram się niedługo opisać wrażenia. Toalety tam były już koedukacyjne (zwykłe toi toie).

      Wojsko tutaj to raczej specyfika miejsca. Oni tam stoją cały czas! :) Inna sprawa, że tutaj na każdym kroku są ochotnicy z czerwonymi opaskami na rękach pilnujący porządku.

      Ciekawe spostrzeżenie z kolorystyką. Chińczycy lubią kopiować (czy „nadawać rzeczom chińską charakterystykę”), a Euro było bardzo popularną imprezą (przynajmniej w Pekinie, z tego co dało się zauważyć). Sprawdziłem poprzedni rok (http://web.archive.org/web/20120504011808/http://beijing-marathon.com/cn/index.html) i też był fiolet, ale nie było tego charakterystycznego deseniu. Motyw maski opery pekińskiej jest oryginalny, u nas były kwiatki i piłki, ale ktoś się na kimś widocznie wzorował.

      Hmm... strefy... różne konkurencje startowały z innych miejsc. Dla maratonu było wydzielone miejsce dla zawodowców i później całej reszty. Dopchałem się w okolice pacemakera na 4 godziny, ale gdzieś mi szybko znikł w tłumie.

      Usuń
    2. Zdziwiło mnie, że nie było ścisku na starcie mimo braku stref startowych i dużej liczby uczestników.

      W Biegnij Warszawo startowało 12 tysięcy ludzi. Nie przepychałem się przed startem do przodu i po starcie musiałem biec chodnikami przez pierwsze 4 kilometry. Na Czerniakowskiej i Sobieskiego po prostu nie dało się przecisnąć między ludźmi.

      Za to w półmaratonie były strefy startowe dla biegnących na konkretne czasy i komfort był dużo większy. Ale skoro w Pekinie nie było ścisku, to znaczy że komfort biegu zależy przede wszystkim od dystansu. Im dłuższy, tym bardziej przemyślanie się ludzie ustawiają...

      I jeszcze jedna kwestia mnie zastanowiła... ta Chinka, która chciała z Tobą gadać, ale nie wiesz dlaczego. Myślisz, że to może mieć coś wspólnego z tym? http://knifetricks.blogspot.co.uk/2007/02/expat-life-is-sexual-feast-for-men-and.html

      Usuń
    3. Na Pekin ta liczba uczestników w mojej ocenie nie była duża. Szerokie ulice i nie było nigdzie zatorów. Nie wiem natomiast jak sytuacja wyglądała za mną dla półmaratonu na samym początku. Jak wspomniałem, biegłem później w półmaratonie na południu Chin i tam momentami trzeba było maszerować z tłumem... ponad 70 tysięcy ludzi!!!

      Powodów może być wiele: przyjaźń, chęć nauki języka, poszerzenie guanxi, czy po prostu uznała że jestem przystojny. Nie jest to odseparowany przypadek.
      Popularny ostatnio tutaj artykuł, w którym Chińczyk żali się na zaistniałą sytuację, trochę się obcokrajowcom dostaje po uszach:
      http://www.chinasmack.com/2013/stories/differences-between-chinese-men-and-laowai-foreign-men.html

      Usuń
    4. Siedemdziesiąt tysięcy! Masakra...

      No właśnie... dużo jest w ogóle obcokrajowców w Pekinie? Ja to sobie tak wyobrażam, że tam musi być masa białych ludzi ze wszystkich zakątków świata. I że przeciętny Chińczyk nie wie nawet, że istnieje taki kraj jak Polska. Tak jest?

      Usuń
    5. Dokładnie masakra! :D

      Nie ma nas tu wcale tak dużo. Jest kilka „skupisk”, ale (to miasto jest poważnie ogromne) jadąc na przedmieścia często się zdarza że ludzie patrzą na ciebie z zaciekawieniem. Nawet w moim biurowcu zdarzyło mi się kilka razy być wytykanym przez dzieci (na 6. piętrze jest przedszkole) tekstem w stylu „babciu patrz! obcokrajowiec!”
      W moim bloku jestem jedynym obcokrajowcem, często jeszcze zdarzają mi się rozmowy w windzie typu skąd jestem, co tu robię itd.
      Różnie z tą wiedzą o Polsce jest. Ale generalnie przeważnie jestem pozytywnie zaskoczony. Euro 2012 było tu bardzo popularne, więc dużo ludzi o nas usłyszało. Zdarzyło mi się kiedyś jechać z taksówkarzem który wiedział pytał o Wałęsę! swoją drogą zapytał mnie też czy jestem Żydem :)
      Jakiś rok temu jechałem pociągiem i skupiła się wokół mnie grupa ludzi zainteresowana obcokrajowcem. Na hasło „Polska” jeden towarzysz z tłumu powiedział coś w stylu: „aaa! Polska! samolot bum” używając przy tym gestu dłoni

      Usuń
  2. Gratulacje Seba :)
    Nie będę tak wylewny o bieganiu jak Jacek, bo nie biegam. Mam jednak nadzieje, że napiszesz coś więcej o tym jak Ci się tam żyje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo! :)
      Co konkretnie Cię interesuje?

      Usuń
  3. Fajna relacja ;-) Nie pozostaje mi nic innego jak "przeczytac" Ciebie od deski do deski :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki bardzo i życzę przyjemnej lektury :)

      Usuń