Strony

30 sty 2013

jaki ten świat mały!

Stało się! z poprzednią notką („post” kojarzy mi się ze wstrzemięźliwością) zadebiutowałem z tym blogiem. Dodając swoją cegiełkę do globalnej wioski i odpowiadając tym samym na prośby i nalegania typu „powinieneś to gdzieś spisać!”, „pisz bloga!”. Po części też dla siebie, żeby dłużej pamiętać chwile które dały mi tyle radości. Obawiam się, że nie znajdę tu jednak odpowiedzi na pytania typu: „co się stało z poprzednim piątkiem?!” ;)

Pisanie zajęło mi kilka wieczorów. Po masie poprawek zdecydowałem się opublikować. W końcu ile razy można czytać prawie 3000 słów?


798 — pekińska dzielnica artystów
Ciekawy moment... klikasz... czekasz... czekasz... i nic!

Cóż, różnica czasu. Następnego dnia odczytałem kilka komentarzy. Ogromne dzięki za te rzeczowe!
Większość tyczyła się długości. Tak, biegłem krócej, niż to pisałem! Faktycznie ostatni raz tyle nietechnicznego tekstu napisałem pewnie na maturze z polskiego. Obiecuję, że postaram się pisać bardziej zwięźle. Na próbę krótki wpis, który chodził mi po głowie od pewnego czasu:

 
Za górami, za lasami...
Były to okolice marca 2012. Wspomniany we wcześniejszym wpisie Solo wyjechał na urlop do Polski i szukał tam jakiejś informacji trafiając na tego oto bloga: www.iloveyourmici.pl — swoją drogą gorąco polecam!
Znalazł tam ciekawy wpis, po przeczytaniu którego wysłał mi wiadomość: „Stary! to o Tobie!”


Biuro przy ładnej pogodzie
Okazuje się, że Filip, architekt z Polski, pracuje w tym samym budynku. Dokładnie 3 piętra nade mną. Przeważnie chodzę na obiady z Chińczykami i rozmawiamy po angielsku. Czasem po chińsku, ale to bardzo sporadycznie. Tego dnia, kiedy usłyszał w windzie język polski było tu dwóch Polaków z wrocławskiego oddziału z bardzo krótką wizytą. Widziałem się z nimi tylko dwa dni, bo wylatywałem właśnie do Japonii. Zbieg okoliczności niesamowity!

Pani Maria
 W Tokio, zmierzając do hostelu na ulicy minął mnie chłopak (pozdrowienia dla Michała!) w koszulce z logo Opery i polskim podpisem: „skoczmy na stronę”. Okazało się, że jest z wrocławskiego oddziału i mieszka w tym samym hostelu co ja! Była to jego ostatnia noc w Tokio, więc poszliśmy na piwo.

Przy barze zagadał do nas jeden z przesiadujących tam obcokrajowców. Po naszej odpowiedzi, że jesteśmy z Polski zaskoczył z czymś w rodzaju „o! więc pewnie znacie się z tamtą dziewczyną w rogu baru!”. Wtedy poznaliśmy Magdę, pozdrowienia!

Pierwszy tydzień stycznia tego roku spędzałem w Xiamen (na południu Chin) planując pobiec tam półmaraton (wrażenia niedługo opiszę). Któregoś wieczora z jednego z pokoi hostelu dało się usłyszeć angielski z wyraźnym polski akcentem. Ania (pozdrowienia!) — architekt z Hangzhou — zna Filipa! Świat jest mały!

2 komentarze:

  1. Ja wolę długie wpisy. Drażni mnie dzisiejsza spłycona, nafaszerowana błędami składniowymi, niechlujna "portaloza", która ogarnęła już chyba wszystkie zakątki internetu. Pewnie też dlatego tak dobrze mi się czytało Twój wpis - bogaty w treść, zadbany w formie. Ale, jak to mówią Amerykanie... YMMV.

    A tak przy okazji... mój były współlokator (Dominik Duda) pracuje w Operze we Wrocławiu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Potwierdzasz moją tezę! Dominik był jednym z Polaków w windzie!

      Usuń